krótko i długo o pannie Nikt
Kategorie: Wszystkie | i takie tam | lodówka | piekło | siostra patrzy | sverige
RSS
czwartek, 07 czerwca 2012
Sceny z rozmów kwalifikacyjnych
Rozsyłam się ostatnio do lubych pracodawców in spe jak wariatka, bo nie ma, że boli, ster trzeba w ręce i dalej...lepsze jest wrogiem dobrego a że kontrakt dobiega końca a nie mam w zanadrzu męża milionera, cioci z Hameryki czy innego mniej absorbującego źródła dochodu to cóż...
...niektórzy pracodawcy są nawet tak mili, że odpowiadają. Jakiś co setny tak mniej więcej.

I teraz kilka reminescencji, bo zaprawdę, powiadam Wam, godne wyciągnięcia na wierzch.

Scena I
Siedziała komisja napuszona. Przed nimi ja, na krzesełku, usta nie w ciup, nóżęta normalnie a nie takie sklejone, luz w plecach. Komisja groźnie łypała, po czym nabrała powietrza  w płuca i po kolei poleciałastandardem: jakie mam dwie (!!!) główne wady, czy mam za sobą epizody w służbach mundurowych oraz jak bym psychologicznie pojechała z grupą wypalonych 50+. Na koniec spytała oczywiście o zarobki, po czym po mojej odpowiedzi wzniosła oczy do nieba.

Scena II
Siedziała komisja napuszona, oj napuszona. Ja przed nimi, boczkiem, bo tak krzesło mieli ustawione nielogicznie. Za przestawienie zebrałam burę na dzień dobry, więc z góry uznałam, że będę się "dobrze" bawić. Komisja, załypawszy, spytała mnie o: wady, zalety, motywację do pracy akurat o nich i o zarobki. Po moich wszystkich odpowiedziach wznosiła oczy do nieba a po zarobkach - odlecieli tam kolektywnie. Stanowisko miało być kierownicze a wymogi - nawet do siódmego nieba włącznie.

Scena III
Komisja dwuosobowa, siedziała, siedziała, napuszona i, a jakże! łypiąca. Gadała do mnie w językami i domagała się wskazania IP. Na moje zapytanie po cóż to i jaki ma to związek w moją przyszłą ewentualną pracą, usłyszałam, że zasadniczy, bo to właśnie będę robić - w outsourcingowym call center. A Hrówka wcześniej kląskała na inną nutę...hmmmmm. Na odpowiedź o oczekiwane zarobki, oczywiście wznieśli hurtowo oczy do nieba, dodatkowo nabrali wyrazu niesmaku na twarze i całkiem możliwe, że im został.

Nie wysyłam się gdziebądź. Nie wysyłam CV na oferty, gdzie nie spełniam wymogów, bo nie chcę zawracać komuś zada. Nie wysyłam w niektóre typy miejsc, bo wiem, że tam nie płacą godziwie ( vide oświata czy szpitale, szczególnie jeśli jest to wynalazek pt. 5/8 czy 12/167 etatu). Listów motywacyjnych nie pisze z kalki, cefałek też na dobą sprawę. Przygotowuję się do rozmów, zawsze pytam o możliwy plan rozmowy. Szanuję czas i swój i potencjalnego pracodawcy, tym bardziej, ze hardkorowo potrafię pojechać na rozmowę na drugi koniec kraju. Tymczasem:

- rozmowy nagminnie bywają opóźniane, o czym bywam informowana tuż przed, o ile w ogóle;

- rekruterzy zadają mi pytania z tzw.dupy i/lub świadczące o tym, że nawet nie przeczytali mojego CV;

- rekrutujący pozwalają sobie także na pytania łamiące Kodeks i/lub nawet obraźliwe i padają ze zdziwienia, że są traktowani przeze mnie adekwatnie do stopnia własnej bezczelności;

- zarobki w danej firmie to tajemnica strzeżona lepiej niż tajemnice fatimskie; zaprawdę oszczędzilibyśmy sobie czas, gdyby z góry było wiadomo, że zarobię tyle i tyle i ani złotówki więcej. Poza tym daliby odpocząć oczom i niebu a i mój budżet dojazdowy byłby mniejszy, bo co to jest, jak nie zwykłe kurestwo, gdy na trzecim etapie rekrutacji nadal nikt nie chce gadać ze mną o zarobkach...;/

- wreszcie po zakończeniu całości zazwyczaj nie doczekuję się odpowiedzi o wynikach rekrutacji. Ponieważ nie mam kłopotu z obsługiwaniem maila i telefonu to się przypominam i wtedy nader często burczy mi ta słuchawka, ze hej.

Na koniec hicior:
Znalazłam niedawno ciekawe dość ogłoszenie. Posłałam się spakowana w pdf. Oddzwonili od razu (!!), achy, ochy, w następnym tygodniu spotkanie w celu dogadania szczegółów współpracy. Nie powiem - ucieszyłam się. Skowronkowo czekałam na telefon w poniedziałek. Zadzwonił. Miła Pani rzekła, że przeprasza, ale im chodzi bardziej o doradztwo a nie o psychologa i nici wielkie z naszej współpracy - chociaż w ogłoszeniu stało jak byk, że chcą psychologa. Jak spytałam, oniemiała ciut, o jakie doradztwo, odparła, że "życiowe" a od kobiety po trzydziestce takowego można jeszcze (sic!!!!!!!!!!!!!!) nie oczekiwać.

Kurtyna, pffffff.


poniedziałek, 21 maja 2012
Blogaskiem jestem
Cześć, mam na imię Magda i dziś napiszę Wam trochę o tym jak spędziłam dzień. Ponieważ było zimno i padał śnieg, to poszłam do sklepu pod blokiem i zakupiłam koronkę i drucik. Ten drucik to taki stylowy, bo będę z niego robić ozdobę na szyję. Przepis na wykonanie znalazłam gdzies w internecie hyhy. Będę mieć fajny naszyjnik, lepszy nawet  niż te z Zary za 49,90.
Po południu postanowiłam zrobic sobie postój pełen radości i przetestowałam maseczkę, która przyniósł mi listonosz a zamówiłam ja na allegro. Zachęcam do zakupów na allegro, bo tam jest dużo rzeczy fajnych i tanich, które można potem potestowac w domowym zaciszu. Buziaki.
Dzisiaj cały dzien miałam na sobie szlafrok i kozaki jak szlam w tym sniegu do sklepu.
Nie mam fotki niestety, bo było ciemno, ale Wam opiszę mój strój. Szlafrok był w krateczkę czerwoną i białą, a kozaki pod kolor miałam białe :) Oczywiście z lumpa. Cmokam i uciekam.


...luz, mam chwilowe odbicie. Czytam albowiem inne blogi i możliwe, że mi się udziela. Gdzie jest wstyd, ja sie pytam, no gdzie?
...tak na puszczy ryczę, wiem...

Pa. Buziole :P :P
czwartek, 10 maja 2012
O zanikniętych ustach społeczeństwa
Dlaczego w tym kraju nikt się nie uśmiecha????
Poszłam Ci ja dzisiaj pobiegać po sklepach, zwanych szumnie galeriami (taaaaaaak, sztuki tam od groma...) w celu wyprostowania sobie nastroju oraz uzupełnienia kilku kolekcji, obuwniczej między innymi. Ale, że bywam kompulsywna zakupowo, zahaczyłam jeszcze o kilka innych przybytków Lewiatana, haha...
...no i zderzyłam się mocno z polską smutą. I żeby jeszcze jakieś ostrzeżenie, to nie. Zarobiłam w pysk takim pffff wydęciem ust na moje zapytanie, że szczęka poleciała mi w okolice kostek. Jeszcze zdążyło mi przelecieć przez myśl, że niechcący cofnęłam się w czasie i tak naprawdę stoję w mięsnym w PRLu, ale wystrój wokół obalił mi skutecznie tą teorię, przynajmniej w zasięgu wzroku. Co prawda z głową było już gorzej, bo po tym co usłyszałam i jak zostałam potraktowana, nie wiem jak miałabym się dać przekonać, że "my juz som Amerykany".
Długo jeszcze nie będziemy, o nie.
A wystarczyłoby się tylko uśmiechnąć - na początek. Możliwe jednak że naród zbiorowo cierpi na niedobór witaminy B2 i stąd musi zaciskać, zaciskać te wargi aż do ich zaniku...bo inaczej pęknie z kretesem...

Zalecam zatem dobranocnie szpinak, mięcho i jaja...

;)





niedziela, 22 kwietnia 2012
O odwracaniu głowy

“I'm selfish, impatient and a little insecure. I make mistakes, I am out of control and at times hard to handle. But if you can't handle me at my worst, then you sure as hell don't deserve me at my best.”
― Marilyn Monroe


Lubię i nie lubię zbiorowe spędy i bratanie się tamże. Z jednej strony zawsze to szansa na pomasowanie przepony, odnowienie paru miłych znajomości, złapanie błysku oka u mijanego właśnie osobnika, okazja do napicia się wódki w toalecie albo przynajmniej poobserwowanie pewnych ciekawych akcji. Jest jednak coś, co mnie osobiście bardzo niepokoi u innych w kontekście zbiorówek dedykowanych. Nazywa się to zjawisko Uporczywym Odwracaniem Głowy - w stronę przeciwną od mojej osoby, rzecz jasna. Nie chciałabym tu wypaść zbyt moralizatorsko i mamusiowato, ale kręgosłup szyjny wrażliwym może być i co poniektórym może tak zostać...
Mam świeżo za sobą taką zbiorówkę. Normalnym było, że natknęłam się tam na parę znajomych osób. Nienormalnym było, że tylko jedna z nich podeszła, rozdziawiła się, przywitała i zamieniła ze trzy zdania, po czym odpłynęła dostojnie w inne rejony osobisto-przestrzenne. Pozostałe osobniki płci obojga doznały zbiorczego schorzenia wymienionego wyżej. Nie rozumiem zjawiska. Nie rozumiem jak szlag. Żadnej z tych osób nie zrobiłam nic złego. Części z nich w ogóle nic nie zrobiłam, nawet dobrze, bo nie zdążyłam albo nie dano mi szansy. I nagle znów wpadamy na siebie a tu, proszę Państwa, "z wdechem skręt" i poczucie żenady...
...bo że to na siłę, to niestety widać...

Mogłabym jeszcze zrozumieć takie jazdy, w sytuacji gdy kogoś dopadła moja ciemna strona. Gdyby przeżył jakąś moją chwilową niestabilność albo dotknęło go przejawiające się w pewnych momentach moje turbodoładowanie i czepialstwo, które zwyczajnie bywa bolesne dla postronnych - wiem. Gdybym rzuciła komuś w pysk swoim złym humorem, ot tak.  Wtedy jedyną osobą, której miałabym coś do zarzucenia, byłabym ja i wzięłabym te wykrzywy na bary, nieważne że z poczuciem klęski. Wzięłabym i tyle.

Chociaż jeśli komukolwiek się wydaje, że w jakiejkolwiek relacji ze mną jest tylko cud, miód i czekoladki to niech zwinie żagiel, chociażby zaraz. Tak będzie i bezpieczniej dla szyi i taniej dla psyche. Nie mojej.

Zaprawdę, brak PODSTAWOWEJ klasy to coś, co zapomina się najtrudniej, o ile w ogóle.

niedziela, 28 marca 2010
Dylemat weselny
Tysiace razy obiecywałam sobie, że w trosce o swój łeb i stan nerwów, nie będę już czytać polskich forów internetowych. Wytrzymywanie w tym postanowieniu jest falowe, dziś jednak znalazłam kolejny kamyczek do tego ogródka.
W odpowiedzi na pytanie czy poszłabym na wesele rodzeństwa mego lubego, rodzeństwa, które mnie nie zapraszało i nie znosi, odpowiadam: "nie, nie poszłabym". Świadomość piątego koła u wozu jest moim zdaniem gorsza niż nażarcie się za free. Podpieranie ścian męczy.
Jednak clou dylematu to luby. Luby-Pozornie-Akceptujący-Wyżej-Powziętą-Decyzję (i to od dawna), ale jednak w ostatniej chwili posuwający się do szantażu pt. "Jak nie przyjdziesz, to sobie wezmę inną". W sensie, że na niby tylko wesele, żeby samemu nie kisić przy stoliku, ale w sumie kto wie?

No i co tu robić? Jak postąpić? Jeśli tego nie wiesz, droga Internautko, polski internet prawdę Ci powie. Wystarczy wrzucić temat na któreś z popularnych forów i zaraz będzie ciąg odpowiedzi, że jeśli się nie przytniesz do czyichś oczekiwań, to znaczy, że nie wiesz czym jest związek. Że facet, który świetnie wiedział jaka jest sytuacja i akceptował Twoją postawę, ma prawo na końcu zachować się jak szczeniak - szantażysta. Że miłość wymaga poświęceń (ale czemu tylko w jedną stronę?). Że faryzejstwo i udawanie jest w niektórych sytuacjach niezbędne. I że przez swoją próbę zachowania autonomii można komuś zniszczyć (!) filozofię życiową i "najpiękniejszy (sic!) dzień w życiu".

Ja tam nie wiem, ale jakbym miała znosić na własnym weselu osoby, których nie znoszę to osobiście bym wolała, żeby nie przychodziły. Bo odwracając sytuację, można sobie wyobrazić, jak czuje się ktoś, kto wie, że jest nielubiany i że mu właśnie jakas baba "wyświadcza łaskę" swoją obecnością z miną krzywą jak po cytrynie. Snujący się bez sensu cień weselny nie tylko sam cierpi - psuje też zabawę innym.

Nie, nie poszłabym. I moim piórkiem u wagi nie byłby ani fakt wewnętrznego rzygu na sama myśl ani perspektywa często-gęsto żałosnej maniery weselnej (obowiązkowy rosołek, kluseczki, kapela disco-polo, obleśne zabawy z macaniem kolanka, pijany wujek Kazio i antysemickie dowcipy itp.) tylko postawa Lubego. Sposób w jaki postanowił rozwiązać problem. Ostrze noża i basta. Bo można było inaczej - spokojnie, jasno, nawet z elementem przekonującym i "poświęcalskim" wraz ze zgniłym kompromisem na końcu - ale tego nie wie ani Luby ani polski internet, z lubością rzucający "gówniarami" i wyrobionymi sądami pod adresem autorki postu. Nie, spokojnie, nie pod moim. Ja naprawdę nie chadzam na wesela, raz, że moje bliskie istoty leją w większości na konwenanse, dwa, wujków Kaziow nie znoszę nawet na trzeźwo.
I nie jestem także sieciową masochistką ;)

Miłej niedzieli ;)





wtorek, 16 marca 2010
Randka w ciemno nr 2
Definitywnie nie będzie markera a nowy tatuaż. Nawet na czole.
Nie szukam męża! Ani pół, do diabła!

Szczerze powiedziawszy, wolałabym zresztą tego diabła. Z nim miałabym przynajmniej okazję dobrze postrzępić sobie jęzor ;) a nie uciekać z konwersacji o nowym samochodzie, nowym telefonie, nowym laptopie, nowych pasjach, nowym fryzjerze, nowej wycieczce do Tunezji, nowej, pięknej plaży w tymże kraju i w innych też oraz tysiącu innych nowych - umówmy się, jak dla mnie, kompletnie nieistotnych - bzdetów.

Plus cudzego słowotoku był jednak taki, że mogłam w spokoju pokontemplować zamówione w formie drina banany.
Banany były przepyszne, polecam gorąco. W wersji single.

Dobrej nocy.


poniedziałek, 08 marca 2010
Randka w ciemno
Następnym razem - o ile takowy będzie - pójdę na randkę z dwoma napisami na czole. Pierwszy z nich: niekoniecznie chcę kończyć dzisiejszy wieczór w pozycji horyzontalnej. Drugi: podobnież nie szukam męża.
Prawdą jest, że jeśli mi zależy na czymkolwiek to nie grzeszę cnotą cierpliwości, ale to tempo prawie mnie zabiło. A szkoda, bo taki ładny, chudy i nawet coś tam z sensem chlapał.
Ale żeby zaraz 69, Mendelssohn i tapety w pokoju dziecinnym to ja przepraszam...

I od wszelkiego wywalę sobie te napisy markerem.

;)

sobota, 18 kwietnia 2009
Z miastem i przyjemnościami ;)

Wracając dzisiaj z pracy do domu dalam odpocząć glowie od "Zwierciadła Bergmana" i zrobiłam sobie rekonesans wzrokowy po mojej pieknej mieścinie. Sodoma i Gomora! I nie chodzi mi tutaj o wszechobecny brud, przez większość ludzi kompletnie niezauważalny, bo stopiony z krajobrazem w żywą całość na wieki wieków. Tym razem walnął mnie po oczach natłok reklam i szyldów, w znakomitej większości brzydkich, tandetnych i zupełnie niedopasowanych do otoczenia. Na jednym tylko budynku naliczyłam ich 23, a każda była z innej parafii. Tu proszę "Lombard," obok suknie ślubne, dalej jakiś człowiek reklamuje swoje trumny, przy nim pręży sie osiłek od odżywek białkowych. Wszystko przeplatane durnowatymi sloganami i bijącymi po oczach kolorami. Jednak przynajmniej dla mnie najbardziej brzydkim wynalazkiem jest dziwna moda malowania na SWÓJ kolor SWOJEGO kawałka muru, bez zwracania uwagi na jakąkolwiek kompleksową wizję. W rezultacie wiele budynkow wygląda jak upstrzone przez pijanego malarza.

Ilość ogólną reklam litościwie przemilczę (nie, nie liczyłam wszystkich...:P), chociaż nie raz łapię się na myśli, czy w takim natłoku wystawionego/wywieszonego na ulicach i domach badziewia ktokolwiek jeszcze zwraca uwage na reklamę? Czyli czy ma ona jakikolwiek sens z punktu widzenia komerchy? Śmiem w to wątpić, człowiek który chciałby ogarnąć chociażby tylko część z tej potwornej ilości słupów z nieistniejącymi babami z Photoshopa i reklamami panów Zdzisków od wulkanizacji, musiałby być z gatunku tych niezdrowych w głowie...

Moja mieścinka nie jest niestety wyjątkowym zgrzytem noża po szkle w rodzimej krainie dobrobytu. Ohyda wyłazi u nas z prawie każdego kąta. Nie ma spojnych koncepcji organizowania przestrzeni. Wolnoć Tomku w swoim domku. A że przy okazji dziwnie, nieskładnie i syfiasto? Cóż, do wszystkiego można sie przyzwyczaić...i akurat w tej kwestii widać to wyraźnie. Wielu osobom nie przeszkadza brak jakiegokolwiek ładu w otoczeniu,a katusze estetyczne mniejszości to przecież taki "pikuś mały"...więc jakiekolwiek zmiany pozostaja jedynie sferą marzeń. Niestety i na amen.

 

A teraz o przyjemnościach.

Zostałam w tym tygodniu poddana nieziemskiej rozkoszy - a polegała ona na bliskim, ba! dogłębnym kontakcie z długim,lekko sztywnym acz giętkim przyrządem, zakończonym śliczną, lekko zaokrągloną końcówką...Na początku tylko sie przyglądałam i czekałam, aż stojący obok leżacej mnie mężczyzna wyjmie go, napręży, wreszcie lekko odegnie a potem przysunie się bliżej i bliżej i jeszcze bliżej...całkiem blisko do moich rozchylonych ust...wreszcie powoli i dokładnie wsunie mi w nie swoją światłą końcówkę...a chwilę poźniej każe mi połknąc cholerny gastroskop i zapodać mi najbardziej niezapomniane dziesięć minut mojego życia. Polecam desperatom i masochistom

;)

 

Panna N.

 

ps. Wyszedł ze mnie osioł techniczny i nie potrafię za cholerę wstawić tu filmiku sieciowego. Wydaje mi się, że robię to prawidłowo, jednak rezultat gada cos innego ;) Gdyby trafił się zatem jakis mily czlowiek, ktory by mnie lekko oświecił w tej kwestii - pozostanę w dożywotniej wdzięczności :)

 

I.

poniedziałek, 13 kwietnia 2009
Nordic walking versus żule
Jestem wieeeeeelką admiratorką fińskiego w swoim pochodzeniu spaceru z kijami znanego także bliżej jako nordic walking :) Dzień bez kijków to dzień stracony. Chodzę, biegam z nimi, relaksuję się, odciążam swój biedny kręgosłup,dotleniam płucka, poprawiam kondychę i ujędrniam mięśnie. Czyli same plusy i plusiska.

Nic bardziej mylnego.

Nieprzyjemnie przekonałam się na własnej skórze, że nordic walking jest katalizatorem agresji okolicznych mieszkańców i ich zramolałych psów. Na porządku dziennym są "żarty" o zgubieniu nart albo głupkowate wtręty i komentarze o niepełnosprawności, mojej oczywiście, i to od razu fizycznej i umysłowej, "bo trzeba przecież upaśc na głowę żeby TAKIE coś robić, panie!" albo o podwójnej starości, wszak kije mam dwa.
Na tym samym porządku jest wytykanie palcami i otwieranie buzi w geście powitalnym dla armii much przy spotkaniu ze mną, uzbrojoną w dwa kije.
To jednak nie apogeum możliwości niektorych czlonków naszego miłego społeczeństwa. Jeden pan razu pewnego rzucił sie na mnie z miotłą, bo mu rzekomo przeszkadzam (????!!!!), spacerując obok jego ogródka. Nie uciekłam, tylko spokojnie złapałam mocniej oba kije i zagrozilam, że użyję ich alternatywnie. Podziałało, dał mi spokoj, ale niesmak pozostał. Żywcem mnie jednak nie wezmą - chodziłam i chodzić będę. Amen.

A co z tymi żulami tytułowymi? Nie był nim bynajmniej ów odważny i łaknący spokoju pan opisany powyżej. Przechodząc jednak po mojej ulicy naszło mnie dziwnie nieprzyjemne wrażenie, że żule wystający pod tutejszym sklepem od zarania dziejów, niekoniecznie spokojni, czyści i kulturalni, budzą mniejsze zgorszenie iż jedna ruda baba uprawiająca skandynawski sport dla niezaawansowanych.
Wot, taka karma.

Z kijkowym pozdrowieniem dla głupków

Wasza I.
niedziela, 22 marca 2009
Powrót do przeszłości
Obiecałam kiedyś tam, że będzie więcej o niedawnej Anglii, emigracji a nawet o samolotach. Od tych ostatnich zatem sobie polecę, w myśl złotej zasady, że ostatni będą pierwszymi ;)

Do tej pory każdy mój lot wiązał się z przeszkodami natury, nazwijmy to, technicznej. Albo się samolot wysypał zupełnie i nawet wymiana na inny złom nie uratowała sytuacji, albo coś tam odpadło i trzeba było naprawić, co oczywiście trwa i trwa, dzięki czemu toalety na Okęciu znam jak własną kieszeń - bo inny rozrywek tam brak, albo odbywał się jakiś cyrk ludzki, najczęściej z udziałem pijanych Polaków. Tym razem miałam lecieć podczas opadów śniegu, co nie nastawiało mnie w żaden sposób optymistycznie. W duszy objawiały mi wizje zasypanego kompletnie lotniska w Pyrzowicach i typowo naszego "nikt nic nie wie", tym bardziej, że ja wcześniej byłam rejsowa i to miał być mój drugi raz z tzw.low-costem, a te mają generalnie złą prasę. Jak to mądrzy ludzie gadają, tanie bywa często dwa razy droższe niż drogie.
Tkwiłam zatem na coraz bardziej zasypanym lotnisku, z coraz bardziej ponurą miną i wizją alternatywnych wakacji, gdy tymczasem ruszyła odprawa - szybko, sprawnie, uprzejmie i planowo. Nie było żadnych opóźnień - samolot odleciał o czasie a w Liverpoolu byłam nawet przed czasem. W drugą stronę było tak samo - punktualnie, sprawnie, choć z tego co zauważyłam, w stosunku do Polaków zdecydowanie mniej uprzejmie. A z atrakcji tym razem na prowadzenie wybiła się bateria niemowlaków, ryczących zgodnie z efektem domina ;)

Sama Anglia przywitała mnie słońcem, wiatrem i uśmiechniętymi ludźmi, nie tylko w osobach moich znajomych. Uśmiechy nieznajomych na ulicach są dla mnie od zawsze sygnałem, że chwilowo nie jestem na ojcowiźnie jeno bratam się z obcym, zresztą w sposób zupełnie mi odpowiadający. Zainteresowanych tematem bardziej odsyłam do notki Das Experiment :)

Ponadto Anglia tym razem objawiła mi się łabędziami. Moje doświadczenie gada mi, że łabędź to istota piękna aczkolwiek zazwyczaj ciut wścieknięta, a ponadto najwyraźniej spokrewniona z sępem, zwłaszcza na widok bułki. Te z Zatoki Liverpoolskiej wpisały się idealnie w powyższy stereotyp, dodając do repertuaru chętkę na mój berecik. Plus miałam wrażenie, że oprócz bułek angielskie łabądki sępiły także fajki ;)

W moich brytyjskich wędrówkach zahaczyłam tym razem także o Walię, ale bardziej od strony zakupowo-towarzyskiej, dlatego jest chyba teraz odpowiedni czas na kropkę. Językowo Walia - cudeńko dla silnie zmotywowanych i nie piszę tu o walijskim a ichnim angielskim akcentowanym po ichniemu, co sprawia, że słuchającemu obcokrajowcowi od razu zwyżkuje koncentracja;)

Dodatkowo pierwszy raz w życiu zasmakowało mi fish&chips. Cuda, cuda, baba z zakrętem na zdrowe żarcie wcina takie coś i jeszcze gada, że dobre...

Kolejny kamyczek do mojego angielskiego ogródka to tatuaż. Zrobiono mi przepiękny cover up starego...czegoś na ramieniu (tak, to zdecydowanie adekwatne określenie :D) i jestem szczęśliwa jak dzika świnia albo nawet bardziej. Teraz jeszcze tylko nóżka do zakrycia i będzie można myśleć o działaniach na 'czystej' skórze. Uprzedzając wygięcia brwi na zdziwioną nutę: tak, jestem zakochana w tatuażach (podobnie jak w Szwecji, Becku, kolorze czerwonym, srebrze, czytaniu, fitballu i tysiącu innych rzeczy) i na tych dwóch, które mam, na bank się nie skończy...

Kończąc moją angielską bazgraninę,  chciałam jeszcze słówko-dwa o emigracji w ogóle. Ludzie, wbrew pismakom, nie planują masowo wracać. Bo też i po co? Mam zresztą ogląd od drugiej strony; w pracy co i rusz spotykam byłych emigrantów, z których spora część marzy by zostać nimi znowu, bo w Polsce nie widza dla siebie miejsca. Wielu jednak deklaruje, że po ewentualnym kolejnym wyjeździe nie chcieliby pracować z Polakami a tylko z tambylcami. Powód? Jest ich pewnie wiele, ale mnie najbardziej utkwiło w głowie takie oto wyjaśnienie jednej z moich klientek: "Pani Magdo, z szefowymi i współpracowniczkami Angielkami dało się wszystko normalnie załatwić, wyjasnić czy zorganizować, ale jak tylko na stanowiska wskoczyło więcej Polek, atmosfera skisła jak kapusta. Bo cel uświęcał środki a nie daj boże którejś wiodło się lepiej albo była chwalona przez przełożonych - zaraz szły w ruch złe języki". Oczywiście, ten wór  polsko-angielski nie jest dla wszystkich wspólny - i całe szczęście i nieszczęście - ale jest m.in. jednym z powodów, dla których ja tchórzliwie swoją decyzję o bilecie w jedną stronę przekładam i przekładam. Oczywiście, moje prywatne "ale" i zaszłości są szersze,ale o tym - tradycyjnie - innym razem ;)

 
1 , 2