krótko i długo o pannie Nikt
Kategorie: Wszystkie | i takie tam | lodówka | piekło | siostra patrzy | sverige
RSS
poniedziałek, 15 marca 2010
...
"Nawet wśród ludzi można być samotnym".

Ja bym powiedziała: przede wszystkim właśnie tam.


Mimo wszystko dobrej nocy.


czwartek, 28 stycznia 2010
Robot-rutynka
5.25. Dzwoni budzik.
Najpierw powoli, jak żółw ociężale...wysuwam się na ziąb pokoju. To pierwsza i jedyna taka chwila o poranku; dalej jest już tylko dziki galop. Zęby, śniadanie, "nie mam się w co ubrać", kawa, znów zęby i wiooooo, równie prędko na przystanek. Tam z kolei ruletka autobusowa pt. "Przyjedzie na czas czy nie"? Jeśli tak - to można zrzucić jeden kamyczek z duszy i np. poczytać książkę podczas jazdy. Jeśli nie - należy uruchomić plan B i rozwinąć umiejętności chodziarskie, godne olimpijczyka,  by w ciągu 7 minut zrobić kawał miasta na inny przystanek. Zazwyczaj się udaje ;) - ale umówmy się, mam kosmiczną wręcz wprawę ;)

Każde później to już tylko efekt śnieżnej kuli - byle szybciej, byle więcej, byle efektowniej, byle mocniej, byle cokolwiek. Kula zatrzymuje się tuż przed wybiciem szesnastej, kiedy to dwa razy w tygodniu komunikacja miejska odwozi moje zajechane zwłoki damoj. W pozostałe dni, przy pomocy tejże komunikacji lub cudownego PKP, udaję się w różne inne miejsca w różnych innych, zazwyczaj zbożnych, celach i wracam do domu nocą, w charakterze jeszcze większych zwłok a obecnie jeszcze i sopla.

Zostają do obskoczenia dwa dni weekendowe - wtedy czasami udaje mi się pospać dłużej niż 5 godzin, niemniej jednak kiedy już wstanę, jest tak samo jak w dzień powszedni. Tak  s a m o, tyle, że z tzw. domu zazwyczaj ewakuuję się szybciej - życie jest mi bowiem jeszcze od czasu do czasu miłe. Z tym, że w taką pogodę jak obecnie za oknem, bywa to niejednokrotnie kłopotliwe i zwyczajnie wstrętne...

I tak w kole Macieju.
Szlus i obłęd. Byle do wiosny.

poniedziałek, 19 stycznia 2009
Martha F.
Przeczytałam wczoraj zbeletryzowaną wersję biografii żony Freuda. Opowieść o skomplikowanym i bogatym życiu wewnętrznym pozornie nieciekawej kokoszki domowej,dla otoczenia skupionej tylko i wyłącznie na nieśmiertelnych trzech K oraz dogadzaniu sławnemu małżonkowi.
Faktycznie, początkowo widzimy głównie Panią Domu na klęczniku konwenansów i hołdów należnych "Sigiemu"; jego niezmordowaną niemiecką satelitę z niezawodnym czytnikiem myśli, która "w imię miłości" pozwoliła odebrać sobie wszystko, włącznie z własną sfera duchową, by potem dać "złożyc się od nowa", skrojoną idealnie pod gust swojego męża. Widzimy kobietę gotową na wszystko, pod warunkiem, że to "wszystko" było pomysłem jej męża. W miarę rozwoju opowieści - ubranej w formę wspomnien i listów do przyjaciółki z Ameryki -  widzimy też jednak, że ta sztywna kuchenna walkiria wiedziała, myślała, odczuwała i cierpiała bardziej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Pod gorsetem uwierającej tradycji kryła się bystra kobieta ze znakomitym zmysłem obserwacji i umiejętnościa wysnuwania właściwych wniosków; genialny, naturalny psycholog, osoba zdecydowanie bliższa prawdziwa życia niż jej genialny mąż-demiurg ludzkich charakterów.
Jednego tylko nie potrafię jej wybaczyć: codziennego przeciskania pasty do zębów na przód tubki, by sławny małżonek szybciej mógł ją sobie nałożyć na szczoteczkę...

Bo niby w imię czego?
sobota, 29 listopada 2008
Znów walizki nadszedł czas...
Mało piszę i rzadko podczytuję ostatnio inne blogi, ale bierze się to z mojego obłożenia pracą i notorycznymi wyjazdami w delegacje i na szkolenia, co ma pewne plusy, jak np. nieoglądanie pewnych facjat, ale jest też zwyczajnie męczące. Po całym dniu wykładów, bzdetów, ćwiczeń, rozmów nie mam ani siły ani ochoty na nic, a po powrocie do pracy tempem tgv nadrabiam zaległości i przyjmuje stosy spragnionych porady doradczej klientów.
Marzy mi się urlop, długi, leżący, nietrzeźwy i z telefonem poza zasięgiem.
Jest jeszcze jeden wieeeeelki (dosłownie) plus mojego notorycznego targania się z walizą: mam piękną muskulaturę ramion, rozwiniętą conajmniej jak u młodego Arnolda ;)