krótko i długo o pannie Nikt
Kategorie: Wszystkie | i takie tam | lodówka | piekło | siostra patrzy | sverige
RSS
niedziela, 17 maja 2009
Wyznanie
Jestem tępa. Ciemna. Jak kilo tabaki we obydwu rogach wszystkich możliwych baranów.

Nie potrafię dać w łeb paru osobom, które już dawno powinny zostać przez mnie naprostowane właśnie w ten sposób, ze względu na wybitnie złe oddziaływanie na moje skołatane i bez tego nerwy. Cóż, w głębi mego układu kardiologicznego mam taką nadzieję, że da się bez rozlewu krwi, chociaż fakty usilnie zaprzeczają takim głupkowatym nadziejom.

Nie potrafię zejść z mego paranoicznego lekko poziomu obaw, które urodziły się po moim niedawnym pobycie w szpitalu i po złych wynikach badań. Z drugiej strony znów nie potrafię się odczepić od rogów, tym razem u byka i złapania go za nie - jestem po prostu tchórzem do sześcianu. Nie mam kompletnie pomysłu na to, jak miałabym dać sobie radę z tym, co mogę usłyszeć, bo na to wskazują wyniki, a co mnie paraliżuje do szczętu.

I nawet głupiego filmiku (ok, może nie tak głupiego) filmiku nie mogę tu wstawić, kolejny zresztą raz blox się stawia i wysypuje, pomimo tego, że działam zgodnie z wytycznymi, instrukcjami, swoją wiedzą i generalnie wiem, że robię to dobrze.

:/

środa, 06 maja 2009
Come back

Jak w tytule - będzie, muszę tylko ochłonąć.

Życie pognało ciut do przodu, a ja... cóż...nie nadążam jakby...

 

Będę. Jeszcze będę.

Niedługo.

Obiecuję.

czwartek, 23 kwietnia 2009
wodzić przeznaczenie za nos...?
Tylko nie mów mi, że chcieć to móc...
sobota, 18 kwietnia 2009
Z miastem i przyjemnościami ;)

Wracając dzisiaj z pracy do domu dalam odpocząć glowie od "Zwierciadła Bergmana" i zrobiłam sobie rekonesans wzrokowy po mojej pieknej mieścinie. Sodoma i Gomora! I nie chodzi mi tutaj o wszechobecny brud, przez większość ludzi kompletnie niezauważalny, bo stopiony z krajobrazem w żywą całość na wieki wieków. Tym razem walnął mnie po oczach natłok reklam i szyldów, w znakomitej większości brzydkich, tandetnych i zupełnie niedopasowanych do otoczenia. Na jednym tylko budynku naliczyłam ich 23, a każda była z innej parafii. Tu proszę "Lombard," obok suknie ślubne, dalej jakiś człowiek reklamuje swoje trumny, przy nim pręży sie osiłek od odżywek białkowych. Wszystko przeplatane durnowatymi sloganami i bijącymi po oczach kolorami. Jednak przynajmniej dla mnie najbardziej brzydkim wynalazkiem jest dziwna moda malowania na SWÓJ kolor SWOJEGO kawałka muru, bez zwracania uwagi na jakąkolwiek kompleksową wizję. W rezultacie wiele budynkow wygląda jak upstrzone przez pijanego malarza.

Ilość ogólną reklam litościwie przemilczę (nie, nie liczyłam wszystkich...:P), chociaż nie raz łapię się na myśli, czy w takim natłoku wystawionego/wywieszonego na ulicach i domach badziewia ktokolwiek jeszcze zwraca uwage na reklamę? Czyli czy ma ona jakikolwiek sens z punktu widzenia komerchy? Śmiem w to wątpić, człowiek który chciałby ogarnąć chociażby tylko część z tej potwornej ilości słupów z nieistniejącymi babami z Photoshopa i reklamami panów Zdzisków od wulkanizacji, musiałby być z gatunku tych niezdrowych w głowie...

Moja mieścinka nie jest niestety wyjątkowym zgrzytem noża po szkle w rodzimej krainie dobrobytu. Ohyda wyłazi u nas z prawie każdego kąta. Nie ma spojnych koncepcji organizowania przestrzeni. Wolnoć Tomku w swoim domku. A że przy okazji dziwnie, nieskładnie i syfiasto? Cóż, do wszystkiego można sie przyzwyczaić...i akurat w tej kwestii widać to wyraźnie. Wielu osobom nie przeszkadza brak jakiegokolwiek ładu w otoczeniu,a katusze estetyczne mniejszości to przecież taki "pikuś mały"...więc jakiekolwiek zmiany pozostaja jedynie sferą marzeń. Niestety i na amen.

 

A teraz o przyjemnościach.

Zostałam w tym tygodniu poddana nieziemskiej rozkoszy - a polegała ona na bliskim, ba! dogłębnym kontakcie z długim,lekko sztywnym acz giętkim przyrządem, zakończonym śliczną, lekko zaokrągloną końcówką...Na początku tylko sie przyglądałam i czekałam, aż stojący obok leżacej mnie mężczyzna wyjmie go, napręży, wreszcie lekko odegnie a potem przysunie się bliżej i bliżej i jeszcze bliżej...całkiem blisko do moich rozchylonych ust...wreszcie powoli i dokładnie wsunie mi w nie swoją światłą końcówkę...a chwilę poźniej każe mi połknąc cholerny gastroskop i zapodać mi najbardziej niezapomniane dziesięć minut mojego życia. Polecam desperatom i masochistom

;)

 

Panna N.

 

ps. Wyszedł ze mnie osioł techniczny i nie potrafię za cholerę wstawić tu filmiku sieciowego. Wydaje mi się, że robię to prawidłowo, jednak rezultat gada cos innego ;) Gdyby trafił się zatem jakis mily czlowiek, ktory by mnie lekko oświecił w tej kwestii - pozostanę w dożywotniej wdzięczności :)

 

I.

poniedziałek, 13 kwietnia 2009
Nordic walking versus żule
Jestem wieeeeeelką admiratorką fińskiego w swoim pochodzeniu spaceru z kijami znanego także bliżej jako nordic walking :) Dzień bez kijków to dzień stracony. Chodzę, biegam z nimi, relaksuję się, odciążam swój biedny kręgosłup,dotleniam płucka, poprawiam kondychę i ujędrniam mięśnie. Czyli same plusy i plusiska.

Nic bardziej mylnego.

Nieprzyjemnie przekonałam się na własnej skórze, że nordic walking jest katalizatorem agresji okolicznych mieszkańców i ich zramolałych psów. Na porządku dziennym są "żarty" o zgubieniu nart albo głupkowate wtręty i komentarze o niepełnosprawności, mojej oczywiście, i to od razu fizycznej i umysłowej, "bo trzeba przecież upaśc na głowę żeby TAKIE coś robić, panie!" albo o podwójnej starości, wszak kije mam dwa.
Na tym samym porządku jest wytykanie palcami i otwieranie buzi w geście powitalnym dla armii much przy spotkaniu ze mną, uzbrojoną w dwa kije.
To jednak nie apogeum możliwości niektorych czlonków naszego miłego społeczeństwa. Jeden pan razu pewnego rzucił sie na mnie z miotłą, bo mu rzekomo przeszkadzam (????!!!!), spacerując obok jego ogródka. Nie uciekłam, tylko spokojnie złapałam mocniej oba kije i zagrozilam, że użyję ich alternatywnie. Podziałało, dał mi spokoj, ale niesmak pozostał. Żywcem mnie jednak nie wezmą - chodziłam i chodzić będę. Amen.

A co z tymi żulami tytułowymi? Nie był nim bynajmniej ów odważny i łaknący spokoju pan opisany powyżej. Przechodząc jednak po mojej ulicy naszło mnie dziwnie nieprzyjemne wrażenie, że żule wystający pod tutejszym sklepem od zarania dziejów, niekoniecznie spokojni, czyści i kulturalni, budzą mniejsze zgorszenie iż jedna ruda baba uprawiająca skandynawski sport dla niezaawansowanych.
Wot, taka karma.

Z kijkowym pozdrowieniem dla głupków

Wasza I.
Nie wierzę...
Skoro już zahaczyłam o równe, białe ząbki to proszę, będzie dalsze dłubanie.
Nie wierzę ludziskom wiecznie i sztucznie uśmiechniętym, w dodatku przekonanym, że wszystko tym usmiechem mogą, zawsze i wszędzie. Diabelnie papierowa jest taka perspektywa, w dodatku męcząca dla tych jednostek w otoczeniu, które czasami popatrzą szerzej. Tłumaczyć się nie da, bo w niektórych przypadkach lukier jest już stopiony z ząbkami na amen. Drapać? Da się, ale będzie bolało i zostaną rysy i nawet plastyka ząbkom może natenczas nie pomóc...

Tak sobie podtekstowo ciut snuję, ale w gruncie rzeczy jestem przerażona, bo nie wierzę, że można samemu/samej chcieć przejść przez żywot nasz doczesny  kompletnie po omacku, tym bardziej, że pewna konkretna istota w tym temacie to nie ameba a jednak wyzszy stopień rozwoju.

Nie wierzę...?
Diabli nadali.

Czas spać.

I.

ps. Takm jak już wywlekam te flaki, to ostatnio ogarnęło mnie zwątpienie w innych tematach czy raczej językach: im więcej konwersuję po szwedzku tudziez po angielsku, tym bardziej maleje mi wiara w to, że zabrzmię w końcu dobrze, pomimo zapewnień tambylców, że wszystko jest w porządku. Nie wierzę im - zagryza mnie pytanie, czy oni naprawdę mnie rozumieją czy tylko udają? ;)
Moja przyjaciółka też psycholożka twierdzi, że to akurat mozna leczyć. Oby.

niedziela, 12 kwietnia 2009
Klubbtjejer stinker
Jeszcze moment temu miałam pustke w głowie i w słowach; teraz dręczy mnie przesyt tematów i dylemat pt."od czego zacząć", bo będzie o wszystkich. Ale po kolei.

Postanowiłam na dzień dobry po przerwie zapodać historię z wpisem Brittabelli w tle. Otóz razu pewnego na jej arcyfajnym blogu przeczytałam notkę, pod którą podpisałabym się obiema rękami, nogami, wszystkimi włosami, rzęsami, brwiami, językiem a nawet zębami. Wpis ten dotyczył wypocin pewnej pani "pisarki", która odkryła niszę na rynku literackim i stworzyła "wielkopomne" dzieło o...kupie. Tak, o kupie. Odchodach znaczy. Nie przeczę - temat jakby ważny, bo w końcu dotyczący każdego, mam jednak wysoce mieszane uczucia apropos twórczości fizjologicznej, bo jednak ciężko mi dostrzec artyzm w wydalaniu. Humor także niekoniecznie. Na przykład, nigdy nie śmieszyły mnie zalatujące Ameryką dowcipy z bekaniem czy puszczaniem bąków w tle. Choć daleka jestem też od uważania autorki tej sławetnej książki za dewiantkę i udawania, że sra się różami albo w ogóle. Jednak polecam fragmenty treści tegoż dziełka vide pomysły z budowaniem domu z kupy albo radości z puszczania bąków, by lepiej zrozumiec o co mi chodzi.
 
I właśnie tę książkę, nad którą kolektywnie popastwiłyśmy się z Brittabellą, odkryły ostatnio moje ólóbione koleżanki z pracy. Przez dwa kolejne dni nie było innego tematu jak tylko kupa. Dziewczyny tak się nakręciły twórczością pani autorki, że dzieliły się między sobą swoimi najintymniejszymi doświadczeniami z toalety, wszystko w akompaniamencie gromkiego śmiechu. Czekałam, kiedy spytaja któregoś klienta o rodzaj i fakturę jego odchodów, bo zmiana tematu była jakby niemożliwa - chyba robiły dobrze swoim przeponom, a nawet najlepszy dowcip, kiedy jest non stop powtarzany, robi sie zwyczajnie nudny, zatem urozmaicenie było wskazane. Czy tak zrobiły - nie wiem, bo na całe szczęście nie spędzam z nimi całych ośmiu godzin pracy, gdyż w innym wypadku nie pisałabym teraz tej notki a siedziała w jakimś bardzo odizolowanym od reszty świata miejscu i to nie bynajmniej tylko z tytułu kupy a całokształtu twórczości.

Najbardziej rozwaliła mnie jednak najsłodzsza z nich, ta od Sakramentu, kiedy to wyszczerzając swoje malutkie, równiutkie, białe ząbki, rzuciła na głos po lekturze: "Ojejku, dziewczyny, jakie to śmieszniutkie".

Ojejku.
Ojejku.


środa, 08 kwietnia 2009
Dylemata
Nie mam słów. Wyszły. Zniknęły. Zabrały mi do tego korę mózgową, zostawiając jedynie skrawki wzroku i słuchu żebym nie zamebiała zupełnie. Patrzę zatem. Słucham. Obserwuję. I modlę się o wenę na wyklucie końcowe ;)

A wyszły mi te słowa na skutek zbyt wielkiego obłożenia pracą i kultywowania zjazdów myśli w czarną dziurę - ale krzyczę sobie w głowie, że to efekt przemęczenia. I że wymodlę w końcu to upragnione. A potem - i tu uroczyste zobowiązanie -  pojadę na moją ulubioną, szpilastą i rudą nutę...




wtorek, 24 marca 2009
...
...i nic poza tym

do odwołania

19:30, ingen_m
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 marca 2009
Powrót do przeszłości
Obiecałam kiedyś tam, że będzie więcej o niedawnej Anglii, emigracji a nawet o samolotach. Od tych ostatnich zatem sobie polecę, w myśl złotej zasady, że ostatni będą pierwszymi ;)

Do tej pory każdy mój lot wiązał się z przeszkodami natury, nazwijmy to, technicznej. Albo się samolot wysypał zupełnie i nawet wymiana na inny złom nie uratowała sytuacji, albo coś tam odpadło i trzeba było naprawić, co oczywiście trwa i trwa, dzięki czemu toalety na Okęciu znam jak własną kieszeń - bo inny rozrywek tam brak, albo odbywał się jakiś cyrk ludzki, najczęściej z udziałem pijanych Polaków. Tym razem miałam lecieć podczas opadów śniegu, co nie nastawiało mnie w żaden sposób optymistycznie. W duszy objawiały mi wizje zasypanego kompletnie lotniska w Pyrzowicach i typowo naszego "nikt nic nie wie", tym bardziej, że ja wcześniej byłam rejsowa i to miał być mój drugi raz z tzw.low-costem, a te mają generalnie złą prasę. Jak to mądrzy ludzie gadają, tanie bywa często dwa razy droższe niż drogie.
Tkwiłam zatem na coraz bardziej zasypanym lotnisku, z coraz bardziej ponurą miną i wizją alternatywnych wakacji, gdy tymczasem ruszyła odprawa - szybko, sprawnie, uprzejmie i planowo. Nie było żadnych opóźnień - samolot odleciał o czasie a w Liverpoolu byłam nawet przed czasem. W drugą stronę było tak samo - punktualnie, sprawnie, choć z tego co zauważyłam, w stosunku do Polaków zdecydowanie mniej uprzejmie. A z atrakcji tym razem na prowadzenie wybiła się bateria niemowlaków, ryczących zgodnie z efektem domina ;)

Sama Anglia przywitała mnie słońcem, wiatrem i uśmiechniętymi ludźmi, nie tylko w osobach moich znajomych. Uśmiechy nieznajomych na ulicach są dla mnie od zawsze sygnałem, że chwilowo nie jestem na ojcowiźnie jeno bratam się z obcym, zresztą w sposób zupełnie mi odpowiadający. Zainteresowanych tematem bardziej odsyłam do notki Das Experiment :)

Ponadto Anglia tym razem objawiła mi się łabędziami. Moje doświadczenie gada mi, że łabędź to istota piękna aczkolwiek zazwyczaj ciut wścieknięta, a ponadto najwyraźniej spokrewniona z sępem, zwłaszcza na widok bułki. Te z Zatoki Liverpoolskiej wpisały się idealnie w powyższy stereotyp, dodając do repertuaru chętkę na mój berecik. Plus miałam wrażenie, że oprócz bułek angielskie łabądki sępiły także fajki ;)

W moich brytyjskich wędrówkach zahaczyłam tym razem także o Walię, ale bardziej od strony zakupowo-towarzyskiej, dlatego jest chyba teraz odpowiedni czas na kropkę. Językowo Walia - cudeńko dla silnie zmotywowanych i nie piszę tu o walijskim a ichnim angielskim akcentowanym po ichniemu, co sprawia, że słuchającemu obcokrajowcowi od razu zwyżkuje koncentracja;)

Dodatkowo pierwszy raz w życiu zasmakowało mi fish&chips. Cuda, cuda, baba z zakrętem na zdrowe żarcie wcina takie coś i jeszcze gada, że dobre...

Kolejny kamyczek do mojego angielskiego ogródka to tatuaż. Zrobiono mi przepiękny cover up starego...czegoś na ramieniu (tak, to zdecydowanie adekwatne określenie :D) i jestem szczęśliwa jak dzika świnia albo nawet bardziej. Teraz jeszcze tylko nóżka do zakrycia i będzie można myśleć o działaniach na 'czystej' skórze. Uprzedzając wygięcia brwi na zdziwioną nutę: tak, jestem zakochana w tatuażach (podobnie jak w Szwecji, Becku, kolorze czerwonym, srebrze, czytaniu, fitballu i tysiącu innych rzeczy) i na tych dwóch, które mam, na bank się nie skończy...

Kończąc moją angielską bazgraninę,  chciałam jeszcze słówko-dwa o emigracji w ogóle. Ludzie, wbrew pismakom, nie planują masowo wracać. Bo też i po co? Mam zresztą ogląd od drugiej strony; w pracy co i rusz spotykam byłych emigrantów, z których spora część marzy by zostać nimi znowu, bo w Polsce nie widza dla siebie miejsca. Wielu jednak deklaruje, że po ewentualnym kolejnym wyjeździe nie chcieliby pracować z Polakami a tylko z tambylcami. Powód? Jest ich pewnie wiele, ale mnie najbardziej utkwiło w głowie takie oto wyjaśnienie jednej z moich klientek: "Pani Magdo, z szefowymi i współpracowniczkami Angielkami dało się wszystko normalnie załatwić, wyjasnić czy zorganizować, ale jak tylko na stanowiska wskoczyło więcej Polek, atmosfera skisła jak kapusta. Bo cel uświęcał środki a nie daj boże którejś wiodło się lepiej albo była chwalona przez przełożonych - zaraz szły w ruch złe języki". Oczywiście, ten wór  polsko-angielski nie jest dla wszystkich wspólny - i całe szczęście i nieszczęście - ale jest m.in. jednym z powodów, dla których ja tchórzliwie swoją decyzję o bilecie w jedną stronę przekładam i przekładam. Oczywiście, moje prywatne "ale" i zaszłości są szersze,ale o tym - tradycyjnie - innym razem ;)

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10