krótko i długo o pannie Nikt
Kategorie: Wszystkie | i takie tam | lodówka | piekło | siostra patrzy | sverige
RSS
niedziela, 07 lutego 2010
Prometejka
Śnił mi się dziś wiatr na Olandii. Słoneczny, ciepły, bliski...
Bliski...

A naprawdę, na zewnątrz bolą mnie policzki od udawanego uśmiechu.I wiatr jest tylko zimowy, bolący, do kości mrożący...

Od jutra znów dźganie dziobem ledwo zagojonej wątroby.
Łańcuchy już naoliwione.
Wytrzymam. Jeszcze chyba wytrzymam. Dopóki choć sen przynosi ulgę.
czwartek, 04 lutego 2010
...
Jag vill inte leva det här livet längre.
20:04, ingen_m
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 31 stycznia 2010
Zbiory
Wzięło mnie na porządki.
Ani chybi wiosna blisko ;)

I podczas nurzania się w mojej szafie odkryłam między innymi:
- czapkę-uchatkę-futrzatkę z kolonią śpiących moli wewnątrz...Właściciel pozostaje nieznany, bo każdy idzie w zaparte, że to nie jego. Sądząc jednak po rozmiarach, musiał to być tęgi łeb...:D

- chabrową suknię mojej babci z lat 50-tych. Taką z cyklu "w sam raz na wyjątkowo chudą miotłę". Śliczna, ale ja mogę tylko popatrzeć...

- bolerko z kapturkiem, o zniknięcie którego podejrzewałam moją rodzinę, a konkretnie siostrę,

- zestaw kulek ze styropianu (???? naprawdę, nie znajduję wyjaśnienia...)

- reprodukcje dwóch obrazów Witkacego...

- wielki japoński wachlarz, wcześniej na randce z mieszkańcami czapki :P

- wielką czerwoną podróżną torbę, też bezpańską,

- kożuch

- oraz buty z obcasami w kształcie kieliszków, rozmiar 35 :)

Przydałby się teraz jakiś pchli targ ;)
A czapka jest już oczywiście świętej pamięci...mole ani drgnęły...słodki, zimowy sen :)


piątek, 29 stycznia 2010
...
Czy Ty naprawdę myślisz, że ja jestem z gatunku tępych i nie wiem, że tu włazisz i czytasz non stop kolor??

Zostawiasz za dużo śladów. Stety ;)


czwartek, 28 stycznia 2010
"To nie jest Twój dom"
"To nie jest Twój dom!!!" Ta bateria wykrzykników z rodzicielskich ust obijała się o moje uszy częściej, niż mogłabym o tym pomyśleć w najsmutniejszych i najbardziej abstrakcyjnych momentach. Powód najczęściej był żaden. Żaden znaczący.

Powyższy jazgot jest jednak prawdą. To nie jest i nigdy nie był mój dom. To kostnica. Upiorne miejsce nigdy niewyrażanych emocji. Z bliskością w okolicach -100 stopni. Z zerowym zrozumieniem i od pewnego momentu także z brakiem jakiejkolwiek uwagi. Mogłam się spokojnie pociąć i przyjść do "domu" w garnku na głowie, owinięta tylko wężem strażackim - nikt, NIKT, nie zwróciłby na mnie uwagi.

W kostnicy na pierwszy plan wybija się telewizyjny katafalk. We dnie, w nocy, o północy, zawsze w pozycji "on" i zawsze najbardziej zajmujący. Bo w końcu tam jest to lepsze i godniejsze życie, w dodatku cudze, przy którym niekoniecznie trzeba czasem postać albo nad którym wypadałoby czasem się pochylić . Bo jak gniecie to prask, guziczek w ruch i już po neuronach daje bardziej oczekiwaną stymulacją...

Klik.
Klik.Klik.
Klik.
Klik.

To nie jest mój dom.



23:17, ingen_m
Link Dodaj komentarz »
Robot-rutynka
5.25. Dzwoni budzik.
Najpierw powoli, jak żółw ociężale...wysuwam się na ziąb pokoju. To pierwsza i jedyna taka chwila o poranku; dalej jest już tylko dziki galop. Zęby, śniadanie, "nie mam się w co ubrać", kawa, znów zęby i wiooooo, równie prędko na przystanek. Tam z kolei ruletka autobusowa pt. "Przyjedzie na czas czy nie"? Jeśli tak - to można zrzucić jeden kamyczek z duszy i np. poczytać książkę podczas jazdy. Jeśli nie - należy uruchomić plan B i rozwinąć umiejętności chodziarskie, godne olimpijczyka,  by w ciągu 7 minut zrobić kawał miasta na inny przystanek. Zazwyczaj się udaje ;) - ale umówmy się, mam kosmiczną wręcz wprawę ;)

Każde później to już tylko efekt śnieżnej kuli - byle szybciej, byle więcej, byle efektowniej, byle mocniej, byle cokolwiek. Kula zatrzymuje się tuż przed wybiciem szesnastej, kiedy to dwa razy w tygodniu komunikacja miejska odwozi moje zajechane zwłoki damoj. W pozostałe dni, przy pomocy tejże komunikacji lub cudownego PKP, udaję się w różne inne miejsca w różnych innych, zazwyczaj zbożnych, celach i wracam do domu nocą, w charakterze jeszcze większych zwłok a obecnie jeszcze i sopla.

Zostają do obskoczenia dwa dni weekendowe - wtedy czasami udaje mi się pospać dłużej niż 5 godzin, niemniej jednak kiedy już wstanę, jest tak samo jak w dzień powszedni. Tak  s a m o, tyle, że z tzw. domu zazwyczaj ewakuuję się szybciej - życie jest mi bowiem jeszcze od czasu do czasu miłe. Z tym, że w taką pogodę jak obecnie za oknem, bywa to niejednokrotnie kłopotliwe i zwyczajnie wstrętne...

I tak w kole Macieju.
Szlus i obłęd. Byle do wiosny.

niedziela, 10 stycznia 2010
Krótkie życzenia na Nowy Rok

Ma ktoś wiertarkę?

Taran?

Działo przeciwpancerne?


Bo innego sposobu na wyrwę w ścianie już chyba nie mam, a od stania bolą mnie nogi...;)


Tym samym mało uporczywości w tkwieniu życzę Wam i sobie w jakże zasypanym 2010 roku ;)



22:38, ingen_m
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 grudnia 2009
You will reap what you sow...
Dziś taki dzień, że każda plamka na twarzy urasta do rangi światowej katastrofy.

Za dwa tygodnie takowa katastrofa może się faktycznie wydarzyć, nie tylko w kontekście mego pyska (nawet bardzo nie) - a ja tymczasem stoję...i stoję...i...tak, stoję. Ściana z przodu, ściany z boku, cofać się nie mam odwagi. Ani powodu.

Codziennie śnią mi się pociągi i córki, których jeszcze nie mam. Codziennie nowe. A jak nie jestem przesądna i skłonna do wiary w moc tekturowych karteczek, tak niejaki Tarot mówi mi o czasie żniw i wskazuje Śmierć jako konieczny krok do rozwoju.

Szkoda, że w głowie może być zawsze "hej, do przodu" a na żywca już niekoniecznie. Szkoda mi tym bardziej, że jak pamiętam siebie sprzed kilku lat, to taran wypadał przy mnie blado. Nie miałam tylu zahamowań i kompleksów, które teraz co i rusz wyskakują mi z szaf i szuflad, z gromkim okrzykiem "surprise!" na ustach. Bo na przykład gryzie mnie taka bestia, że jak będę gadać po szwedzku do tambylców to mnie nie zrozumieją, pomimo usilnych mych starań. A tu w Polsce, że znów usłyszę, że jestem "za stara" - mam w końcu 30 lat. Albo mi powiedzą jak ostatnio, że "powinnam wyjechać, bo mam za wysokie wykształcenie", które tu może i robi wrażenie, ale na bank nie będzie miało przełożenia na zarobki...

Z kolei zagranica nie jawi mi się jako ogród rozkoszy ziemskich a raczej jako raj utracony. Do którego mogę szurać z co najwyżej jedną wytartą walizką i głową nabitą marzeniami o lepszym jutrze. Bo podług rozmaitych przepisów ichnich, kwalifikacje mam, ale i tak wypadałoby dorobić 666 papierków a poza tym, droga Ingen, nie zapominaj o tym, że "du ska alltid vara främmande".

I koniec i bomba, kto nie oszaleje, ten wygrywa ;)
poniedziałek, 14 grudnia 2009
Nienawidzę pożegnań.
Nawet takich tyci tyci malutkich i pozornie nic nie znaczących. Ot, jedna, dwie noce w obcym mieście, w obcym hotelu, pod cudzym prysznicem, w nie swoim łóżku...gdzie tu miejsce na wiązanie?
A jednak dzisiaj, siedząc w salonie jednego z hoteli, jeszcze przed wyjazdem, z książką na kolanach i poduchą pod stopami poczułam tak niezwykle mocno, że tam właśnie jestem, że jakoś przynależę do tego miejsca, że...nie chcę go zostawiać. Nie miałam niestety ze sobą swoich łańcuchów żeby się w akcie rozpaczy przykuć do kaloryfera. Gwoli ścisłości, kaloryfera też tam nie było...;-)

Mogłam oczywiście zaoszczędzić na hotelu i skorzystać z gościnności któregoś ze znajomych. Chciałam jednak być sama, spać tak długo, jak lubię, śnić jak lubię, pogadać sobie ze sobą o poranku i pooddychać przestrzenią tylko dla mnie.

Udało się.
Kolejna chwilka do wpięcia w kolekcji dobrych wspomnień.

Nie znaczy to bynajmniej, że nie lubię wokół siebie ludzia żywego. Lubię, nawet czasami w nadmiarze i te instynkty też ostatnio zaspokoiłam, nawet ponad miarę ;-) Jednak tak naprawdę najlepsze i najprawdziwsze momenty to te, gdzie stoję oczy w oczy z nagą prawdą o sobie i gdzie to ja decyduję o czasie...

Dlatego nienawidzę pożegnań, bo to siebie muszę odłożyć na półkę i włączyć tryb mniej jednoosobowy.

I już tęsknię.

sobota, 28 listopada 2009
Nie Ty, to ktoś
Jak dobrze obudzić się z poczuciem, że będą jeszcze inne Ktosie.
Że nie muszę już nic z Tobą, dla Ciebie, o Tobie, przy Tobie. Że wreszcie nie ma jednoosobowości cudzej a jest jedynie moja.

Wdycham ten moment tak jak na pilatesie - głęboko i ciągnąc pępek do kręgosłupa, żeby jak najbardziej zapadł mi w pamięć i trzewia.

Już nie Ty. Jeszcze nie Ktoś. I dobrze, bardzo, bardzo dobrze.


1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10