krótko i długo o pannie Nikt
Kategorie: Wszystkie | i takie tam | lodówka | piekło | siostra patrzy | sverige
RSS
poniedziałek, 09 lutego 2009
Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa
"Gdzie, do diabła, jest moja niebieska bluzka? Marynarka? A czemu pytasz, ile par spodni biorę? Trzy. Jak to, za dużo????? Jak chciałam dwie, to mówiłaś, ze mało! Weź Ty się zdecyduj, co. Zresztą, nie musisz. To ja się decyduję a nie Ty. Może jeszcze te kieckę z czaszką i kolce? Biżuteria???Ale nie do rejestrowanego, do diabła!!!!!Nie, mamo, nie biorę tego żółtego ręcznika. Bo co?????Bo nie!!!!!!!!!!I różowego też nie biorę...!!!! Tak, dadzą mi. Mydło też mi dadzą, nawet dwa. A po cholerę mi drugi płaszcz...!I jeszcze kurtka...Tak, te książki pakuję. No jak to po co mi gramatyka szwedzka, będę sobie powtarzać past particip w samolocie przecież!!!! Tak, dobrze, będe tam jeść...Tak, wiem, wiem, tak....
Aaaaaa, cześć Tato! Tak, tato, mam paszport i dowód, wszystko mam. Absolutnie WS-ZYS-TKOOOOO!!!!!!!!!.Pieniądze też, oczywiście i kartę też mam, od wielu lat nota bene. Komp zostaje!!!!Jak to czemu, będę mieć na miejscu, po co mi drugi  taszczyć??? Oooo,czekaj,  jest moja bluzka, której szukam od półgodziny..!

A ta spódnica, co mówiłam...jak to,  czemu mam nie brać? Ty się nie znasz, jak bozi nie kocham, na modzie. Co ja mam jak matrona hasać?????Zimno???? Matko boska moja, ja NIE JADĘ  na Sybir!Jak to, czemu spódnica? Skończ się czepiać!!!Jak to bo co, nogi mam, niech se Angole popatrzą!!!!!!!Matka!!!! Ojciec, zabierz ją!!!!!!
Czekaj chwilę... tak ??Oszalałaś, jakie jedzenie na drogę????????????????????!!!!!!!!"






Nie, wszystko w porządku, to tylko ja mam za 4 dni urlop.






* odgłos mojej nowoczesnej słuchawki telefonicznej

niedziela, 08 lutego 2009
Inspirowana telewizją
Zazwyczaj nie oglądam telewizji, bo a) bardzo szanuje swój czas b) równie mocno dbam swoje nerwy. Jestem bowiem wysoce reaktywna i w dodatku lubię polemizować, a konstrukcja czarnego pudła uniemożliwia mi bardziej aktywną postawę w trakcie. Bez żalu zatem sięgam po książki, pilota oddając w godniejsze ręce i nie przejmuję się gadaniem, że w ten sposób oddałam właśnie kawałek władzy.

Dzisiaj jednak zrobiłam mały wyjątek, ponieważ chciałam porównać internetową prognozę pogody na jutro z prognozą ze skrzynki. Traf chciał, że "przelatując" kanały, znalazłam rozmowę pewnej dziennikarki z kobietą po mastektomii. Zatrzymałam się na chwilę; nie ukrywam, że lubię słuchać a historie z życia czasami potrafią przykuć moją uwagę na dłużej.

W miarę słuchania wywodów "pani po", oczy otwierały mi się coraz bardziej a w ustach czułam coraz większy niesmak. Ja rozumiem, że KAŻDY ma świat swoich własnych przeżyć, doznań, myśli, oczekiwań i poglądów. Że czas ciężkiej choroby każdy - nawet jak ma szczęście i otrzyma dużo wsparcia od otoczenia - przechodzi tak naprawdę w pojedynkę. Że różnimy się - i całe szczęście! - w ocenie pozornie tych samych sytuacji. Pani po mastektomii była bardzo pewna siebie. Mówiła głośno, z uśmiechem w głosie i odważnie; opisywała swoją walkę z chorobą jako pasmo sukcesów i czas mocno podszyty wiarą w wyzdrowienie. Pięknie - i nie piszę tego ironicznie. Nie mogłam jednak zrozumieć, dlaczego odsadza od czci i wiary chore kobiety myślące i czujące inaczej. Te, które nie miały szczęścia mieć kochającego męża, który by im "czyścił bliznę" po piersi i pomimo tego nadal je kochał i pożądał. Te, dla których chemia to była nie "życiodajna siła" a po prostu trucizna z niefajnymi skutkami ubocznymi. Te, które się posypały psychicznie zupełnie, mając w odwodzie rodzinę umywającą od wszystkiego ręce i mężów, którzy na wieść o utracie atrybutu kobiecości brali nogi za pas. Bo tak się składa, że pani wywiadowana całkowitą odpowiedzialnością za takie niefajne zakończenia obarczała chorujące na raka piersi kobiety. Tak jakby ich mężowie/partnerzy/dzieci/bliscy byli marionetkami chodzącymi na paskach tych kobiet.

Kilka lat temu sama przechodziłam poważną chorobę i pewnie nie byłam w tym czasie najfajniejsza towarzyszką rozmów i imprez. Pewnie byłam w tym czasie bardziej niż zazwyczaj skupiona na sobie i czasami pewnie bardziej reaktywna niż zwykle. Ale to jest kijek działający w dwie strony. Nie tylko moje chciejstwo i humory warunkowały funkcjonowanie otoczenia; oni swoimi działaniami też na mnie wpływali. Co wiecej, będę sie upierać, że dorosły człowiek ma wolną wolę i pomimo wszystkich "ale" może zrobic  co zechce. Przekonałam sie o tym boleśnie tracąc niektórych znajomych a także ówczesnego narzeczonego - zerwali ze mną kontakty dowiedziawszy się, że jestem chora. Fochów nawet jakbym chciała, nie zdążyłam w tej sytuacji pouprawiać, więc zrzucanie na mnie odpowiedzialności...? I niczego mi nie ucięto, więc argument "estetyczny" tez jakby odpada.

Jasne, że chorujące osoby potrafią dawac w kość że hej. Nie uważam,  żeby choroba dawała jakieś szczególne przywileje i prawa chorującemu do złego traktowania otoczenia. Oczywiście sytuacja bliskich poprzez poważną chorobę jest również trudna i zwyczajnie może przerastać. Ale będę się upierać, że to świat emocji chorego jest najważniejszy i jego/ją trzeba zrozumieć bardziej. I to jej/jemu trzeba ofiarować więcej, bo ona/on mają najwięcej do stracenia.

Dlatego nie rozumiem całkowitego wywalania złości i pretensji na jedną tylko ze stron dramatu, w dodatku w klimacie "jakbyś kobieto dawała mu myć swoją bliznę, to by Cię dalej kochał".

Na koniec element dydaktyczny: nie zapominajcie o badaniach profilaktycznych!

Sakrament
Moja koleżanka bierze niedługo ślub. Drugi w swoim życiu, aczkolwiek chłop będzie ten sam. Jak to możliwe? Ano, wzięli  sobie ludzie najpierw ślub cywilny, ponieważ jednak ten fakt budził co najmniej niestrawność u części ich rodzin, bo nie może być tak, by jakiś urzędas z obecnego politycznego nadania przyklepał coś, co należy do świata Wyższych_Idei i jako takie wymaga większej celebry i lepszej oprawy, doszli młodzi małżonkowie do wniosku, że nadszedł oto czas na ślub kościelny. Nie mam nic do  Wielkich_Idei ani oprawy, ale...

Otóż zanim dojdzie do wielkopomnego faktu złożenia uroczystego ślubu przed urzędnikiem boskim, para naszych bohaterów musi odbyć tzw. nauki przedślubne. Pomysł skądinąd nie nowy a realizowany w wiadomy  ideologicznie otoczkowy sposób. Dlatego nie szokuje mnie to, że pani prowadząca te nauki głosi, że pigułki są be a prezerwatywy mają mikrootwory przepuszczające wirusa HIV i są wytworem samego szatana. Nie szokuje mnie fakt, że w ramach dziwacznie pojętego uświadamiania, pani pokazuje dorosłym ludziom książkę ze zdjęciami narządów płciowych i tonem nauczycielki ze szkoły specjalnej mówi: "Proszę państwa, oto penis", wskazując do tego rzeczony obiekt na obrazku, zapewne w trosce o to, by przyszli małżonkowie nie pomylili go np. z uchem. Nie szokują mnie - mimo wszystko - archaiczne poglądy na role społeczne i rodzinne, bo w końcu to kościół katolicki i postępu oczekiwać tu chyba nie sposób. Ja w każdym razie nie czekam już od dawna.

W całej hecy ze słubem koleżanki szokuje mnie jednak  pewna rzecz, a mianowicie zmuszanie obecnych i zarazem przyszłych małżonków do zakupu książki o planowaniu rodziny wraz z "zeszytem mierzenia temperatury i obserwacji śluzu", który to zeszyt stanowi...zadanie domowe i przyszła żona ma go -wypełniony oczywiście notatkami i wykresem temperatury z pochwy- okazać pani na ostatnich zajęciach, bo w przeciwnym wypadku nie dostanie zaliczenia. A brak owego zaliczenia jest w rozumieniu ichniejszej parafii równoznaczny z...niemożnością udzielenia ślubu.

Jednak jeszcze nie to szokuje mnie najbardziej. Najgorsze moim zdaniem jest to, że owa para nie reaguje w żaden sposób na tak chamską i bezczelną próbę wejścia z butami w ich życie, tylko oboje frontalnie uprawiają uśmieszki, krygowania i potakiwania a ewentualne mięso pada za plecami. Pal licho motywy, ludzie chcą wziąć ślub w kościele i co? I w imię tego należy się godzić na przekraczanie bardzo intymnych granic? Zrozumiałabym samo naświetlenie stanowiska kościoła wraz  ze ewentualnymi wskazówkami, ale tłumaczenie się z temperatury podczas cyklu miesięcznego? Czy nie jest tak, że sakrament to akt łaski, który nie powinien być zależny od zakupu propagandowej książeczki i widzimisię pani od penisa?

Swoją drogą taki kwiatek jest tez cezurką dla ludzi "podobno wierzących"...

I jak już tak wrzucam przyszłym nowożeńcom, to czas na ostatni kamyczek. Nasi bohaterowie przed panią z poradni ściągają obrączki i  udają  "tylko" narzeczonych. Odpowiedzi na pytanie "dlaczego?" bałam się usłyszeć. Nie byłam bowiem na siłach bić się z hipokryzją.


piątek, 30 stycznia 2009
Tytułem przerwy
Jestem zajechana, padnięta, wyczerpana i co tylko.
W związku z powyższym udaje się relaksować i wrócę, jak będę już od-padnięta i w pełni władz fizycznych oraz umysłowych.

O rewłar ;)

sobota, 24 stycznia 2009
Notka
Napisałam notkę, która wcięło. A konkretniej wysypał się serwis w trakcie, wyrzuciło mnie ustrojstwo i wpuścić od nowa do własnego kąta nie chciało.
Tym samym moja teoria pecha na ten tydzień została ostatecznie potwierdzona.
Przerwa, kochani, bo nie zdzierżę...

A o pechu może innym razem.

poniedziałek, 19 stycznia 2009
Martha F.
Przeczytałam wczoraj zbeletryzowaną wersję biografii żony Freuda. Opowieść o skomplikowanym i bogatym życiu wewnętrznym pozornie nieciekawej kokoszki domowej,dla otoczenia skupionej tylko i wyłącznie na nieśmiertelnych trzech K oraz dogadzaniu sławnemu małżonkowi.
Faktycznie, początkowo widzimy głównie Panią Domu na klęczniku konwenansów i hołdów należnych "Sigiemu"; jego niezmordowaną niemiecką satelitę z niezawodnym czytnikiem myśli, która "w imię miłości" pozwoliła odebrać sobie wszystko, włącznie z własną sfera duchową, by potem dać "złożyc się od nowa", skrojoną idealnie pod gust swojego męża. Widzimy kobietę gotową na wszystko, pod warunkiem, że to "wszystko" było pomysłem jej męża. W miarę rozwoju opowieści - ubranej w formę wspomnien i listów do przyjaciółki z Ameryki -  widzimy też jednak, że ta sztywna kuchenna walkiria wiedziała, myślała, odczuwała i cierpiała bardziej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Pod gorsetem uwierającej tradycji kryła się bystra kobieta ze znakomitym zmysłem obserwacji i umiejętnościa wysnuwania właściwych wniosków; genialny, naturalny psycholog, osoba zdecydowanie bliższa prawdziwa życia niż jej genialny mąż-demiurg ludzkich charakterów.
Jednego tylko nie potrafię jej wybaczyć: codziennego przeciskania pasty do zębów na przód tubki, by sławny małżonek szybciej mógł ją sobie nałożyć na szczoteczkę...

Bo niby w imię czego?
piątek, 16 stycznia 2009
Kronika przypadków ostatnich
Za oknami zima zła, w murach naszych też, bo ogrzewanie padło na placu boju z mrozem. Ofiar mrozu i nie tylko jest jednak więcej, dla ułatwienia będzie alfabetycznie:

A., koleżanka robocza, zgubiła w śniegu psa. Czynnikiem sprzyjającym zaginięciu było śnieżnobiałe umaszczenie zwierzaka oraz jego patologiczna wręcz skłonność do odgryzania się ze smyczy i uciekania w siną dal. Jedyną różnicą tym razem był szybszy niż zazwyczaj powrót skruszonego uciekiniera.

Moja matka przymarzła do kiełbasy. Kiełbasa znajdowała się w zamrażalniku, inteligentnie wciśnięta - przez matkę zresztą - między pojemniki do lodu. A ponieważ była tam już od dłuższego czasu, skamieniała , zlodowaciała oczywiście i utknęła tam na amen, zaś moja rodzicielka, w akcie desperacji, głodowego chyba szału i zapamiętania przymarzła podczas uporczywych prób jej wydobycia. Akcja ratunkowa obejmowała mnie, wodę oraz chwilę czasu ;) Kiełbasa przeżyła i wylazła, matka również.

Mój siostrzeniec dla odmiany poszedł do fryzjera i usadowiwszy się na fotelu, zażądał fryzury na irokeza i farbnięcia na czerwono. Wszystko byłoby ok, w końcu żyjemy w czasach, gdzie po ulicy może pohasać i baba z brodą i drag queen, tyle tylko, że nasz O. ma cztery latka.

Kot P. spacerując po parapecie, fiknął tzw. orła i rąbnął w zamarznięty termometr. Termometrowi nic się nie stało, a kotek teraz jest pięknym chwilowym okazem zwierzęcia na trzech łapkach.

eSkowi (nie żabie) auto zrobiło psikusa i walnęło fochem poślizgowym, po czym zatrzymało się na przystanku. eSkowi przy okazji na jakąś sekundę zatrzymało się z strachu serce. Innych szkód nie odnotowano, potencjalni pasażerowie, przystanek, auto i eSek ocaleli :)

A cała reszta ma katar, grypy, kaszle, warczy i pluje.

Dobrego dnia!

ps. Wszelkie podobieństwa do rzeczywistych osób i sytuacji zamierzone i celowe. Mam nadzieję, że się rozpoznacie :)
niedziela, 11 stycznia 2009
Ostatni bastion
Moja kuzynka wzięła przedwczoraj ślub. W tym zbożnym celu poleciała aż do Las Vegas, gdzie do taktu przysięgi błyskały jej neony i śpiewał w tle fałszywy Elvis.

Moja kuzynka ma obecnie (a konkretnie od dzisiaj) 31 lat czyli ciągnie na tym padole rok dłużej niż ja. Może nawet ciut więcej, bo ona otwiera rok a ja jestem istotą Wagowo-jesienną. Różnic między nami jest zresztą więcej: wzrost, waga, kolor cery i włosów, temperament, gusta muzyczne i filmowe, doświadczenia i kraj zamieszkania.
Podobieństwa między nami kończyły się na stanie cywilnym, modnie od niedawna określanym jako "single" czy bardziej swojsko "stara panna". A teraz w tej kwestii został mi tylko czas przeszły dokonany i moi wspaniali  babcia, matka, ojciec, dziadek, wujek, stryjenka i kto_tam_jeszcze, uporczywie wiercący mi dziurę w brzuchu pytaniem pt. kiedy pójdę w ślady Pati.


Przepraszam, kochani, ale nie stać mnie na bilet do Las Vegas.


sobota, 10 stycznia 2009
Zagraj to jeszcze raz, Sam
Piszę tę notkę od dwóch godzin i nie potrafię tego wszystkiego z głowy ubrać w słowa. Każde zdanie najpierw zabija mnie zachwytem a chwilę później przejeżdżam się po nim backspacem, bo wydaje mi się cienkie, durne i w ogóle bez sensu.

Boję się zobaczyć...? Chyba tak, bo słowo w głowie się nie liczy, a słowo-ciało może już mnie...na przykład zaboleć. Albo co gorsza po zobaczeniu wrócić i zostać bardziej w głowie i gryźć, gryźć, nieprzytomnie i nieskończenie, bardziej. O ile można bardziej...

Kocham się nakręcać, jak widać. Kocham być nakręcana, idealna zegarynka dla neurotyków i innej maści socjopatów. Uwięziona na swojej sprężynce tęsknoty, up and down.
Nie dla mnie inżyniery, księgowi, praca w budżetówce od-do, gadki-szmatki o wyrywaniu facetów i lakierach do paznokci (aczkolwiek lubię jedno i drugie, przyznaję, ale na bogów,w praktyce, a nie jako werbalny onanizm statystyczny w godzinach pracy!), ja muszę intensywnie, do głębi i broń boże, nie prosto, w nienormowanym czasie, bólem żołądka w tle i zawsze na końcu gdzieś z rozpaczą i poczuciem "mogłabym dłużej, więcej i lepiej". Czasami dochodzą do tego ckliwe pożegnania, aczkolwiek nigdy jak do tej pory nie odbyło się to "filmowo" czyli w strugach deszczu i koniecznie z rykiem samolotu w tle - ale wszystko jeszcze przede mną. (Potem powinnam jeszcze przespacerować się gdzieś* ciemną nocą, z rozwianym na szyi szalikiem  i obowiązkowo pustymi, choć pełnymi łez, oczami...)

;>

I pomyśleć, wylałam tyle linijek, by napisać sobie w końcu jasno i dobitnie: nie przechodzi. Bo też chyba wcale nie chcę, żeby przeszło, choć hoduję sobie te myśliska w ciszy, by zmylić otoczenie. Rzygam bowiem wsparciem, litością, dobrymi radami i odbijaniem piłeczki, prowadzącym zawsze do "no bo Ty, jako psycholog, powinnaś...". Gówno tam inni wiedzą co ja powinnam...

Smacznego myśliska, skoro nie mogę Was wyrugować na amen, to przynajmniej dzisiaj wieczorem trochę się z Wami zaprzyjaźnię...


* to "gdzieś" to może być np. most i jak mi te łzy zaćmią już rozum zupełnie, to się z niego malowniczo rzucę w czarnej wody toń...Oczywiście, dopiero po rozwianiu szalika. Podkład muzyczny: Hania Furia :)

Fin (na dziś)

;>

czwartek, 08 stycznia 2009
...
...Słowa, które nic nie znaczą...

Kurwa.



1 ... 6 , 7 , 8 , 9 , 10