krótko i długo o pannie Nikt
Kategorie: Wszystkie | i takie tam | lodówka | piekło | siostra patrzy | sverige
RSS
czwartek, 23 kwietnia 2009
wodzić przeznaczenie za nos...?
Tylko nie mów mi, że chcieć to móc...
sobota, 18 kwietnia 2009
Z miastem i przyjemnościami ;)

Wracając dzisiaj z pracy do domu dalam odpocząć glowie od "Zwierciadła Bergmana" i zrobiłam sobie rekonesans wzrokowy po mojej pieknej mieścinie. Sodoma i Gomora! I nie chodzi mi tutaj o wszechobecny brud, przez większość ludzi kompletnie niezauważalny, bo stopiony z krajobrazem w żywą całość na wieki wieków. Tym razem walnął mnie po oczach natłok reklam i szyldów, w znakomitej większości brzydkich, tandetnych i zupełnie niedopasowanych do otoczenia. Na jednym tylko budynku naliczyłam ich 23, a każda była z innej parafii. Tu proszę "Lombard," obok suknie ślubne, dalej jakiś człowiek reklamuje swoje trumny, przy nim pręży sie osiłek od odżywek białkowych. Wszystko przeplatane durnowatymi sloganami i bijącymi po oczach kolorami. Jednak przynajmniej dla mnie najbardziej brzydkim wynalazkiem jest dziwna moda malowania na SWÓJ kolor SWOJEGO kawałka muru, bez zwracania uwagi na jakąkolwiek kompleksową wizję. W rezultacie wiele budynkow wygląda jak upstrzone przez pijanego malarza.

Ilość ogólną reklam litościwie przemilczę (nie, nie liczyłam wszystkich...:P), chociaż nie raz łapię się na myśli, czy w takim natłoku wystawionego/wywieszonego na ulicach i domach badziewia ktokolwiek jeszcze zwraca uwage na reklamę? Czyli czy ma ona jakikolwiek sens z punktu widzenia komerchy? Śmiem w to wątpić, człowiek który chciałby ogarnąć chociażby tylko część z tej potwornej ilości słupów z nieistniejącymi babami z Photoshopa i reklamami panów Zdzisków od wulkanizacji, musiałby być z gatunku tych niezdrowych w głowie...

Moja mieścinka nie jest niestety wyjątkowym zgrzytem noża po szkle w rodzimej krainie dobrobytu. Ohyda wyłazi u nas z prawie każdego kąta. Nie ma spojnych koncepcji organizowania przestrzeni. Wolnoć Tomku w swoim domku. A że przy okazji dziwnie, nieskładnie i syfiasto? Cóż, do wszystkiego można sie przyzwyczaić...i akurat w tej kwestii widać to wyraźnie. Wielu osobom nie przeszkadza brak jakiegokolwiek ładu w otoczeniu,a katusze estetyczne mniejszości to przecież taki "pikuś mały"...więc jakiekolwiek zmiany pozostaja jedynie sferą marzeń. Niestety i na amen.

 

A teraz o przyjemnościach.

Zostałam w tym tygodniu poddana nieziemskiej rozkoszy - a polegała ona na bliskim, ba! dogłębnym kontakcie z długim,lekko sztywnym acz giętkim przyrządem, zakończonym śliczną, lekko zaokrągloną końcówką...Na początku tylko sie przyglądałam i czekałam, aż stojący obok leżacej mnie mężczyzna wyjmie go, napręży, wreszcie lekko odegnie a potem przysunie się bliżej i bliżej i jeszcze bliżej...całkiem blisko do moich rozchylonych ust...wreszcie powoli i dokładnie wsunie mi w nie swoją światłą końcówkę...a chwilę poźniej każe mi połknąc cholerny gastroskop i zapodać mi najbardziej niezapomniane dziesięć minut mojego życia. Polecam desperatom i masochistom

;)

 

Panna N.

 

ps. Wyszedł ze mnie osioł techniczny i nie potrafię za cholerę wstawić tu filmiku sieciowego. Wydaje mi się, że robię to prawidłowo, jednak rezultat gada cos innego ;) Gdyby trafił się zatem jakis mily czlowiek, ktory by mnie lekko oświecił w tej kwestii - pozostanę w dożywotniej wdzięczności :)

 

I.

poniedziałek, 13 kwietnia 2009
Nordic walking versus żule
Jestem wieeeeeelką admiratorką fińskiego w swoim pochodzeniu spaceru z kijami znanego także bliżej jako nordic walking :) Dzień bez kijków to dzień stracony. Chodzę, biegam z nimi, relaksuję się, odciążam swój biedny kręgosłup,dotleniam płucka, poprawiam kondychę i ujędrniam mięśnie. Czyli same plusy i plusiska.

Nic bardziej mylnego.

Nieprzyjemnie przekonałam się na własnej skórze, że nordic walking jest katalizatorem agresji okolicznych mieszkańców i ich zramolałych psów. Na porządku dziennym są "żarty" o zgubieniu nart albo głupkowate wtręty i komentarze o niepełnosprawności, mojej oczywiście, i to od razu fizycznej i umysłowej, "bo trzeba przecież upaśc na głowę żeby TAKIE coś robić, panie!" albo o podwójnej starości, wszak kije mam dwa.
Na tym samym porządku jest wytykanie palcami i otwieranie buzi w geście powitalnym dla armii much przy spotkaniu ze mną, uzbrojoną w dwa kije.
To jednak nie apogeum możliwości niektorych czlonków naszego miłego społeczeństwa. Jeden pan razu pewnego rzucił sie na mnie z miotłą, bo mu rzekomo przeszkadzam (????!!!!), spacerując obok jego ogródka. Nie uciekłam, tylko spokojnie złapałam mocniej oba kije i zagrozilam, że użyję ich alternatywnie. Podziałało, dał mi spokoj, ale niesmak pozostał. Żywcem mnie jednak nie wezmą - chodziłam i chodzić będę. Amen.

A co z tymi żulami tytułowymi? Nie był nim bynajmniej ów odważny i łaknący spokoju pan opisany powyżej. Przechodząc jednak po mojej ulicy naszło mnie dziwnie nieprzyjemne wrażenie, że żule wystający pod tutejszym sklepem od zarania dziejów, niekoniecznie spokojni, czyści i kulturalni, budzą mniejsze zgorszenie iż jedna ruda baba uprawiająca skandynawski sport dla niezaawansowanych.
Wot, taka karma.

Z kijkowym pozdrowieniem dla głupków

Wasza I.
Nie wierzę...
Skoro już zahaczyłam o równe, białe ząbki to proszę, będzie dalsze dłubanie.
Nie wierzę ludziskom wiecznie i sztucznie uśmiechniętym, w dodatku przekonanym, że wszystko tym usmiechem mogą, zawsze i wszędzie. Diabelnie papierowa jest taka perspektywa, w dodatku męcząca dla tych jednostek w otoczeniu, które czasami popatrzą szerzej. Tłumaczyć się nie da, bo w niektórych przypadkach lukier jest już stopiony z ząbkami na amen. Drapać? Da się, ale będzie bolało i zostaną rysy i nawet plastyka ząbkom może natenczas nie pomóc...

Tak sobie podtekstowo ciut snuję, ale w gruncie rzeczy jestem przerażona, bo nie wierzę, że można samemu/samej chcieć przejść przez żywot nasz doczesny  kompletnie po omacku, tym bardziej, że pewna konkretna istota w tym temacie to nie ameba a jednak wyzszy stopień rozwoju.

Nie wierzę...?
Diabli nadali.

Czas spać.

I.

ps. Takm jak już wywlekam te flaki, to ostatnio ogarnęło mnie zwątpienie w innych tematach czy raczej językach: im więcej konwersuję po szwedzku tudziez po angielsku, tym bardziej maleje mi wiara w to, że zabrzmię w końcu dobrze, pomimo zapewnień tambylców, że wszystko jest w porządku. Nie wierzę im - zagryza mnie pytanie, czy oni naprawdę mnie rozumieją czy tylko udają? ;)
Moja przyjaciółka też psycholożka twierdzi, że to akurat mozna leczyć. Oby.

niedziela, 12 kwietnia 2009
Klubbtjejer stinker
Jeszcze moment temu miałam pustke w głowie i w słowach; teraz dręczy mnie przesyt tematów i dylemat pt."od czego zacząć", bo będzie o wszystkich. Ale po kolei.

Postanowiłam na dzień dobry po przerwie zapodać historię z wpisem Brittabelli w tle. Otóz razu pewnego na jej arcyfajnym blogu przeczytałam notkę, pod którą podpisałabym się obiema rękami, nogami, wszystkimi włosami, rzęsami, brwiami, językiem a nawet zębami. Wpis ten dotyczył wypocin pewnej pani "pisarki", która odkryła niszę na rynku literackim i stworzyła "wielkopomne" dzieło o...kupie. Tak, o kupie. Odchodach znaczy. Nie przeczę - temat jakby ważny, bo w końcu dotyczący każdego, mam jednak wysoce mieszane uczucia apropos twórczości fizjologicznej, bo jednak ciężko mi dostrzec artyzm w wydalaniu. Humor także niekoniecznie. Na przykład, nigdy nie śmieszyły mnie zalatujące Ameryką dowcipy z bekaniem czy puszczaniem bąków w tle. Choć daleka jestem też od uważania autorki tej sławetnej książki za dewiantkę i udawania, że sra się różami albo w ogóle. Jednak polecam fragmenty treści tegoż dziełka vide pomysły z budowaniem domu z kupy albo radości z puszczania bąków, by lepiej zrozumiec o co mi chodzi.
 
I właśnie tę książkę, nad którą kolektywnie popastwiłyśmy się z Brittabellą, odkryły ostatnio moje ólóbione koleżanki z pracy. Przez dwa kolejne dni nie było innego tematu jak tylko kupa. Dziewczyny tak się nakręciły twórczością pani autorki, że dzieliły się między sobą swoimi najintymniejszymi doświadczeniami z toalety, wszystko w akompaniamencie gromkiego śmiechu. Czekałam, kiedy spytaja któregoś klienta o rodzaj i fakturę jego odchodów, bo zmiana tematu była jakby niemożliwa - chyba robiły dobrze swoim przeponom, a nawet najlepszy dowcip, kiedy jest non stop powtarzany, robi sie zwyczajnie nudny, zatem urozmaicenie było wskazane. Czy tak zrobiły - nie wiem, bo na całe szczęście nie spędzam z nimi całych ośmiu godzin pracy, gdyż w innym wypadku nie pisałabym teraz tej notki a siedziała w jakimś bardzo odizolowanym od reszty świata miejscu i to nie bynajmniej tylko z tytułu kupy a całokształtu twórczości.

Najbardziej rozwaliła mnie jednak najsłodzsza z nich, ta od Sakramentu, kiedy to wyszczerzając swoje malutkie, równiutkie, białe ząbki, rzuciła na głos po lekturze: "Ojejku, dziewczyny, jakie to śmieszniutkie".

Ojejku.
Ojejku.


środa, 08 kwietnia 2009
Dylemata
Nie mam słów. Wyszły. Zniknęły. Zabrały mi do tego korę mózgową, zostawiając jedynie skrawki wzroku i słuchu żebym nie zamebiała zupełnie. Patrzę zatem. Słucham. Obserwuję. I modlę się o wenę na wyklucie końcowe ;)

A wyszły mi te słowa na skutek zbyt wielkiego obłożenia pracą i kultywowania zjazdów myśli w czarną dziurę - ale krzyczę sobie w głowie, że to efekt przemęczenia. I że wymodlę w końcu to upragnione. A potem - i tu uroczyste zobowiązanie -  pojadę na moją ulubioną, szpilastą i rudą nutę...