krótko i długo o pannie Nikt
Kategorie: Wszystkie | i takie tam | lodówka | piekło | siostra patrzy | sverige
RSS
niedziela, 28 marca 2010
Dylemat weselny
Tysiace razy obiecywałam sobie, że w trosce o swój łeb i stan nerwów, nie będę już czytać polskich forów internetowych. Wytrzymywanie w tym postanowieniu jest falowe, dziś jednak znalazłam kolejny kamyczek do tego ogródka.
W odpowiedzi na pytanie czy poszłabym na wesele rodzeństwa mego lubego, rodzeństwa, które mnie nie zapraszało i nie znosi, odpowiadam: "nie, nie poszłabym". Świadomość piątego koła u wozu jest moim zdaniem gorsza niż nażarcie się za free. Podpieranie ścian męczy.
Jednak clou dylematu to luby. Luby-Pozornie-Akceptujący-Wyżej-Powziętą-Decyzję (i to od dawna), ale jednak w ostatniej chwili posuwający się do szantażu pt. "Jak nie przyjdziesz, to sobie wezmę inną". W sensie, że na niby tylko wesele, żeby samemu nie kisić przy stoliku, ale w sumie kto wie?

No i co tu robić? Jak postąpić? Jeśli tego nie wiesz, droga Internautko, polski internet prawdę Ci powie. Wystarczy wrzucić temat na któreś z popularnych forów i zaraz będzie ciąg odpowiedzi, że jeśli się nie przytniesz do czyichś oczekiwań, to znaczy, że nie wiesz czym jest związek. Że facet, który świetnie wiedział jaka jest sytuacja i akceptował Twoją postawę, ma prawo na końcu zachować się jak szczeniak - szantażysta. Że miłość wymaga poświęceń (ale czemu tylko w jedną stronę?). Że faryzejstwo i udawanie jest w niektórych sytuacjach niezbędne. I że przez swoją próbę zachowania autonomii można komuś zniszczyć (!) filozofię życiową i "najpiękniejszy (sic!) dzień w życiu".

Ja tam nie wiem, ale jakbym miała znosić na własnym weselu osoby, których nie znoszę to osobiście bym wolała, żeby nie przychodziły. Bo odwracając sytuację, można sobie wyobrazić, jak czuje się ktoś, kto wie, że jest nielubiany i że mu właśnie jakas baba "wyświadcza łaskę" swoją obecnością z miną krzywą jak po cytrynie. Snujący się bez sensu cień weselny nie tylko sam cierpi - psuje też zabawę innym.

Nie, nie poszłabym. I moim piórkiem u wagi nie byłby ani fakt wewnętrznego rzygu na sama myśl ani perspektywa często-gęsto żałosnej maniery weselnej (obowiązkowy rosołek, kluseczki, kapela disco-polo, obleśne zabawy z macaniem kolanka, pijany wujek Kazio i antysemickie dowcipy itp.) tylko postawa Lubego. Sposób w jaki postanowił rozwiązać problem. Ostrze noża i basta. Bo można było inaczej - spokojnie, jasno, nawet z elementem przekonującym i "poświęcalskim" wraz ze zgniłym kompromisem na końcu - ale tego nie wie ani Luby ani polski internet, z lubością rzucający "gówniarami" i wyrobionymi sądami pod adresem autorki postu. Nie, spokojnie, nie pod moim. Ja naprawdę nie chadzam na wesela, raz, że moje bliskie istoty leją w większości na konwenanse, dwa, wujków Kaziow nie znoszę nawet na trzeźwo.
I nie jestem także sieciową masochistką ;)

Miłej niedzieli ;)





wtorek, 16 marca 2010
Randka w ciemno nr 2
Definitywnie nie będzie markera a nowy tatuaż. Nawet na czole.
Nie szukam męża! Ani pół, do diabła!

Szczerze powiedziawszy, wolałabym zresztą tego diabła. Z nim miałabym przynajmniej okazję dobrze postrzępić sobie jęzor ;) a nie uciekać z konwersacji o nowym samochodzie, nowym telefonie, nowym laptopie, nowych pasjach, nowym fryzjerze, nowej wycieczce do Tunezji, nowej, pięknej plaży w tymże kraju i w innych też oraz tysiącu innych nowych - umówmy się, jak dla mnie, kompletnie nieistotnych - bzdetów.

Plus cudzego słowotoku był jednak taki, że mogłam w spokoju pokontemplować zamówione w formie drina banany.
Banany były przepyszne, polecam gorąco. W wersji single.

Dobrej nocy.


poniedziałek, 15 marca 2010
...
"Nawet wśród ludzi można być samotnym".

Ja bym powiedziała: przede wszystkim właśnie tam.


Mimo wszystko dobrej nocy.


poniedziałek, 08 marca 2010
Randka w ciemno
Następnym razem - o ile takowy będzie - pójdę na randkę z dwoma napisami na czole. Pierwszy z nich: niekoniecznie chcę kończyć dzisiejszy wieczór w pozycji horyzontalnej. Drugi: podobnież nie szukam męża.
Prawdą jest, że jeśli mi zależy na czymkolwiek to nie grzeszę cnotą cierpliwości, ale to tempo prawie mnie zabiło. A szkoda, bo taki ładny, chudy i nawet coś tam z sensem chlapał.
Ale żeby zaraz 69, Mendelssohn i tapety w pokoju dziecinnym to ja przepraszam...

I od wszelkiego wywalę sobie te napisy markerem.

;)