krótko i długo o pannie Nikt
Kategorie: Wszystkie | i takie tam | lodówka | piekło | siostra patrzy | sverige
RSS
wtorek, 24 marca 2009
...
...i nic poza tym

do odwołania

19:30, ingen_m
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 marca 2009
Powrót do przeszłości
Obiecałam kiedyś tam, że będzie więcej o niedawnej Anglii, emigracji a nawet o samolotach. Od tych ostatnich zatem sobie polecę, w myśl złotej zasady, że ostatni będą pierwszymi ;)

Do tej pory każdy mój lot wiązał się z przeszkodami natury, nazwijmy to, technicznej. Albo się samolot wysypał zupełnie i nawet wymiana na inny złom nie uratowała sytuacji, albo coś tam odpadło i trzeba było naprawić, co oczywiście trwa i trwa, dzięki czemu toalety na Okęciu znam jak własną kieszeń - bo inny rozrywek tam brak, albo odbywał się jakiś cyrk ludzki, najczęściej z udziałem pijanych Polaków. Tym razem miałam lecieć podczas opadów śniegu, co nie nastawiało mnie w żaden sposób optymistycznie. W duszy objawiały mi wizje zasypanego kompletnie lotniska w Pyrzowicach i typowo naszego "nikt nic nie wie", tym bardziej, że ja wcześniej byłam rejsowa i to miał być mój drugi raz z tzw.low-costem, a te mają generalnie złą prasę. Jak to mądrzy ludzie gadają, tanie bywa często dwa razy droższe niż drogie.
Tkwiłam zatem na coraz bardziej zasypanym lotnisku, z coraz bardziej ponurą miną i wizją alternatywnych wakacji, gdy tymczasem ruszyła odprawa - szybko, sprawnie, uprzejmie i planowo. Nie było żadnych opóźnień - samolot odleciał o czasie a w Liverpoolu byłam nawet przed czasem. W drugą stronę było tak samo - punktualnie, sprawnie, choć z tego co zauważyłam, w stosunku do Polaków zdecydowanie mniej uprzejmie. A z atrakcji tym razem na prowadzenie wybiła się bateria niemowlaków, ryczących zgodnie z efektem domina ;)

Sama Anglia przywitała mnie słońcem, wiatrem i uśmiechniętymi ludźmi, nie tylko w osobach moich znajomych. Uśmiechy nieznajomych na ulicach są dla mnie od zawsze sygnałem, że chwilowo nie jestem na ojcowiźnie jeno bratam się z obcym, zresztą w sposób zupełnie mi odpowiadający. Zainteresowanych tematem bardziej odsyłam do notki Das Experiment :)

Ponadto Anglia tym razem objawiła mi się łabędziami. Moje doświadczenie gada mi, że łabędź to istota piękna aczkolwiek zazwyczaj ciut wścieknięta, a ponadto najwyraźniej spokrewniona z sępem, zwłaszcza na widok bułki. Te z Zatoki Liverpoolskiej wpisały się idealnie w powyższy stereotyp, dodając do repertuaru chętkę na mój berecik. Plus miałam wrażenie, że oprócz bułek angielskie łabądki sępiły także fajki ;)

W moich brytyjskich wędrówkach zahaczyłam tym razem także o Walię, ale bardziej od strony zakupowo-towarzyskiej, dlatego jest chyba teraz odpowiedni czas na kropkę. Językowo Walia - cudeńko dla silnie zmotywowanych i nie piszę tu o walijskim a ichnim angielskim akcentowanym po ichniemu, co sprawia, że słuchającemu obcokrajowcowi od razu zwyżkuje koncentracja;)

Dodatkowo pierwszy raz w życiu zasmakowało mi fish&chips. Cuda, cuda, baba z zakrętem na zdrowe żarcie wcina takie coś i jeszcze gada, że dobre...

Kolejny kamyczek do mojego angielskiego ogródka to tatuaż. Zrobiono mi przepiękny cover up starego...czegoś na ramieniu (tak, to zdecydowanie adekwatne określenie :D) i jestem szczęśliwa jak dzika świnia albo nawet bardziej. Teraz jeszcze tylko nóżka do zakrycia i będzie można myśleć o działaniach na 'czystej' skórze. Uprzedzając wygięcia brwi na zdziwioną nutę: tak, jestem zakochana w tatuażach (podobnie jak w Szwecji, Becku, kolorze czerwonym, srebrze, czytaniu, fitballu i tysiącu innych rzeczy) i na tych dwóch, które mam, na bank się nie skończy...

Kończąc moją angielską bazgraninę,  chciałam jeszcze słówko-dwa o emigracji w ogóle. Ludzie, wbrew pismakom, nie planują masowo wracać. Bo też i po co? Mam zresztą ogląd od drugiej strony; w pracy co i rusz spotykam byłych emigrantów, z których spora część marzy by zostać nimi znowu, bo w Polsce nie widza dla siebie miejsca. Wielu jednak deklaruje, że po ewentualnym kolejnym wyjeździe nie chcieliby pracować z Polakami a tylko z tambylcami. Powód? Jest ich pewnie wiele, ale mnie najbardziej utkwiło w głowie takie oto wyjaśnienie jednej z moich klientek: "Pani Magdo, z szefowymi i współpracowniczkami Angielkami dało się wszystko normalnie załatwić, wyjasnić czy zorganizować, ale jak tylko na stanowiska wskoczyło więcej Polek, atmosfera skisła jak kapusta. Bo cel uświęcał środki a nie daj boże którejś wiodło się lepiej albo była chwalona przez przełożonych - zaraz szły w ruch złe języki". Oczywiście, ten wór  polsko-angielski nie jest dla wszystkich wspólny - i całe szczęście i nieszczęście - ale jest m.in. jednym z powodów, dla których ja tchórzliwie swoją decyzję o bilecie w jedną stronę przekładam i przekładam. Oczywiście, moje prywatne "ale" i zaszłości są szersze,ale o tym - tradycyjnie - innym razem ;)

sobota, 21 marca 2009
...
Kuszą śliskie parapety...



Tyle mogłabym napisać... Nie potrafię.

...
Nie mam już siły na ustawiczne kopanie się koniem, nawet takim blisko spokrewnionym. Powtarzalność erupcji w którymś momencie już nawet nie przeraża i nie doprowadza do kolejnego ścisku w żołądku, jest raczej nudna i powoduje, że zamykam się zarówno od jak i do środka coraz bardziej.
Nie mam siły na cudze emocje.

Tak poza tym, wybieram się dziś 320 metrów w głąb ziemi i nie ma mnie dla nikogo.



środa, 18 marca 2009
Beck:)
Szanowni Państwo - ja przepraszam, ja się uzależniłam.
W związku z powyższym - do kiedyś czyli spotykamy się zapewne po obejrzeniu przeze mnie wszystkich odcinków przygód komisarza o nazwisku jak w tytule;)

niedziela, 15 marca 2009
Żaba reaktywacja z refleksem w tle;)
Przywlokło mi z powrotem żabę. Widać, po niektórych można przejechać czołgiem a i tak powstaną i będą przeć dalej. Jakby nie było - dobra to cecha na nasze trudne czasy, a że mnie akurat nie leży, to...trudno.

I nie, nie zacznie mi to leżeć ani zależeć, ale pragnę jednocześnie wyjaśnić uprzejmie, że nie odsądzam pana S. od wszelkiego wraz z dorobieniem ideologii, że tenże do NIKOGO się nie nadaje. On się nie nadaje do mnie. I choć takie ostre walenie na "nie" po oczekiwaniach bywa odbierane jako chamstwo, brak taktu i empatii, to pytam grzecznie, czym zatem jest bawienie się kimś tygodniami, miesiącami, latami, po to by po daniu całej cysterny nadziei i zakorzenieniu mocno kogoś kopnąć w tyłek? Nie łudzę się - w związku zawsze będzie cokolwiek "transakcyjnie", ale żeby to był właśnie związek, musi to być transakcja wiązana. Nie mam szacunku ani do panów ani do panien traktujących swoje drugie strony jako chodzący portfel albo reklamę. Ewentualnie jako wypełniacz/kę samotnych sobotnich nocy, oczywiście tylko do czasu spotkania "Tego Jedynego" albo "Tej Prawdziwej". Często po nawet bez tak elementarnego słowa jak "przepraszam".

Nie liczę tu kategorii może kontrowersyjnej a jednak życiowej czyli tzw.seksu bez zobowiązań. Chodzi mi tu o sytuację kiedy dwoje dorosłych, wolnych czyli nie pozostających w związkach ludzi, w różnych okolicznościach cudnej przyrody zapała do siebie pożądaniem i spożytkuje je w praktyce, jedno, najdalej dwurazowo (w sensie częstotliwości spotkań, nie intensywności nocy :P). Bez wizji białego welonu i deklaracji miłości aż po grób. Że biologicznie? Ale prawdziwe. Że moze cyniczne? Owszem, a czy wszystko musi być romantyczne i głębokie? Osobiście wolę jasność - nikt mi przecież nie każe wyrywać nowego pana co sobota, tak samo jak nie muszę ulegac każdemu, który się poślinił kawałek na moj widok. I wolę dosadne trochę w formie, że jeśli już coś, to tylko seks ewentualnie i nic więcej, zamiast wielkich słów a po nich angielskiego ulatniania się i mijania ze spuszczoną głową na ulicy...

Także, droga Żabo, wiem, że chcesz dobrze i po prostu się starasz, co może i  trochę łechce moją prożność, ale Twoje wysiłki idą niestety na marne. Nie mam planu wycisnąć Cię jak cytrynę, by potem radośnie Cię ustrzelić i zostawić z prochem w duszy, mimo, że czasami działasz mi na uklad nerwowy od niezbyt zdrowej strony a ja podobno jestem wredna z urodzenia i mściwa jak stado Erynii. Mimo że przecież mogłabym sprawić, żebyś się na mnie wykosztowywał, bo Ty się do tego przecież palisz. Nie ma opcji - codziennie patrzę na siebie w lustrze i chciałabym robić to dalej bez odruchu niechęci na własny widok. Zresztą, dlaczego miałabym karać Cię za to, co czujesz?
Będziesz mieć kiedyś swoją własną, prywatną i dopasowaną żabę albo nawet zgoła i bociana - czego Ci życzę.

Ingen

sobota, 14 marca 2009
Był sobie taki jeden przyjaciel. Czworonożny. Czarny jak smoła z mocno błyszczącymi ślepiami. Czasami warczący i z kłem na wierzchu. Czasami merdający ogonem, z łbem opartym o kolana. Często drzemiący na dywanie, a jeszcze częściej materializujący się jakby spod ziemi w chwili pożerania smakołyków przez inne niż on osoby. Wierny w stosunku do  swoich ludzi i zadziorny w stosunku do wszelkiego innego przejawu psiego życia. Czuł potężny respekt przed kagańcem, który zmieniał go w potulnego i malutkiego pieska-baranka, którego własną piersią należało bronić przed całym światem.

Świetny skoczek - pewnego razu, znudzony czekaniem na swoją panią, wybrał się na spacer...oknem. Pierwsze piętro okazało się być niestraszne, pies wyskoczył, przespacerował się i radośnie wrócił.

Miał też naturalny talent do odprowadzania mnie wieczorami na dworzec autobusowy, oczywiście w ramach własnej inicjatywy, podczas gdy jego właścicielka rwała sobie resztki włosów z głowy, zaniepokojona zniknięciem pupila. Jak on wyrywał się z domu - nie wiadomo, ale strzelam, że numer bez spadochronu był wykonywany częściej. A było to wszystko jeszcze w epoce poprzedzającej masowe konwersacje via telefon komórkowy, cud to zatem mniemany, że moja A. posiada jeszcze jakieś upierzenie na swej głowinie, bo Pies wykręcał takie numery wielokrotnie :)
Uwielbiał paluszki a raz wypił nam wino, po którym głośno chrapał.
Był.
Od dzisiaj już go nie ma.

piątek, 13 marca 2009
Das Experiment
Podobno ponuractwo i warczenie są niezbywalną częścią naszego narodowego genotypu. Narzekanie to najpowszechniej uprawiany w Polsce sport a mimika zatrzymała się nam kolektywnie na poziomie lodowca. Plus cały naród - zawsze i wszędzie - porusza się ze wzrokiem uporczywie wbitym w podłoże. Podobno.

Z różnych względów osobistych trafił mnie dziś szlag na wesoło, w związku z czym obleciałam pół miasta z rozdziawioną paszczą. Od zawsze nie mam też problemu z patrzeniem w oczy napotykanym osobom. Połączyłam sobie zatem ładnie te elementy w jedną strategię i testowałam na okoliczność uśmiechu mijane na ulicy jednostki obydwu płci. Oto rezultaty:
Jeden młody człowiek rozdziawił się do mnie nawet bardziej niż ja do niego, a dwie dziewczyny odpowiedziały mi uśmiechniętymi oczami. Reszta, jeśli patrzyła, to robiła to w sposób wyrażający zdecydowaną dezaprobatę. Zdecydowana większość ludzia mijanego wybrała jednak wzrokowe pieszczenie się z chodnikiem.
Decyzja słuszna, biorąc pod uwagę stan tych ostatnich.
A tamta reaktywna trójka to na bank nie byli Polacy ;), ewentualnie jacyś świeżo powróceni z Wysp emigranci, którzy nabyli tam dzikich zwyczajów ;)


Celowo nie piszę dziś o sprawach powszechnych, naprawdę smutnych i poważnych, bo zrobili to już wszyscy inni.
A o emigracji jeszcze będzie - ale nie dzisiaj.
Śnijcie i chodźcie pięknie do następnego razu :)
Orewłar

Wasza Panna Nikt



wtorek, 10 marca 2009
Nirwana
...
Cholera, co ja mam napisać?
Walnęło, że hej.
Moment taki, że chciałabym być znowu małym dzieckiem i wtulić się w czyjeś dorosłe ramiona, zaciskając oczy aż do bólu rzęs.
Żeby Cie lepiej NIE WIDZIEĆ.
Żeby Was lepiej NIE WIDZIEĆ.
Żeby ich lepiej NIE WIDZIEĆ.

A potem móc się wyspać i wyśnić, że nad niektórymi na wieki wieków amen zatrzasnęło się wieko solarium.
I nigdy, nigdy się nie obudzić.

Dwumilionowy sześcsettysięczny piętnasty raz w życiu stwierdzam, że bliźni to towar przereklamowany. Zwłaszcza ci, z którymi się pracuje w pewnej jednostce samorządu terytorialnego.

Na deser złe wyniki w kłuciu i pisaniu. Czegoż chcieć więcej? W tym tygodniu, zdaje się, osiągnęłam nirwanę.


niedziela, 08 marca 2009
Zdradziecko zafrapowana
Gniotąco-dylematowo porobiło się ostatnio, niekoniecznie bezpośrednio u mnie, ale odbija się to rykoszetem i na moich nastrojach. Jak zresztą może być inaczej, kiedy bliska mi osoba postanowiła rozbić głową mur, wmawiając przy tym otoczeniu oraz sobie, że wcale jej to nie dotyczy. Że to "tylko seks". Że to ona pociąga za sznurki i krawaty niczym uszminkowana femme fatale z lat trzydziestych. Że potrafi delikwenta świadomie wykorzystywać i niczego więcej nie trzeba jej do szczęścia.

Szkopuł w tym, że delikwent jest żonaty i podwójnie dzieciaty. I nasza femme fatale ciosa mu kołki na głowie, kiedy ten pan gotuje w domu obiady albo odbiera córki ze szkoły, podczas gdy przecież mógłby spędzać czas z nią.Ich układ to oczywiście klasyka: Żona_O_Niczym_Nie_Wie. Jeszcze.

I oczywiście żona jest generalnie niefajna i niedobra, zaś femme fatale to kobieta życia delikwenta, tyle, że...pan nie odejdzie - jeszcze - od tej złej żony, by nurzac się w szczęściu z femme fatale. Może jak już będzie po komunii córki w maju, choć starsza niedługo potem zmienia szkołę, więc zostawiać rodzinę w takim momencie...?Zresztą, za progiem stoi juz okres dojrzewania córek z wszystkimi typowymi nastoletnimi dylematami, poza tym żona póki co chodzi jeszcze do szkoły...więc szczęście z mieszkaniem u boku femme fatale musi jeszcze poczekać, ale cóż te kilka potencjalnych lat w obliczu Głębokiego Uczucia.
Femme fatale nie jest pierwszą przygódką pana żonkosia i jest tego świadoma. Akceptuje to, tak samo jak fakt, że inna,wcześniejsza "kobieta życia jej aktualnego faceta", i to bynajmniej nie żona, była z nim w ciąży (czy urodziła czy nie - nie wiem). Uparcie twierdzi, że kontrola tego co sie między nimi dzieje jest w jej łapkach i to ona ma jego, a nie on ją.

Znam ja od wielu lat i wiem, że udaje. Wiem, że marzy o zwykłym domu, mężu, dzieciach. Wiem też, że ten hipokryta nigdy jej tego nie da, bo zawsze będzie jakiś powód by zostać przy żonie i przy dzieciach - może i "złych", ale przecież sprawdzonych, cierpliwych i kochających, a jak naszemu delikwentowi włączy sie tęsknota za pieprzem, zawsze może wykręcić swój numer awaryjny.

Nie, nie jest mi jej szkoda. Ma dokładnie to, czego chce. Nie potrafię tylko wyjść z podziwu dla jej głupoty oraz z odrazy odnośnie głośno deklarowanych postaw moralnych (klasa średnia, prawicowa i konserwatywna, wierząca) a rzeczywistych działań "na boczku". Plus wracają do mnie te wszystkie złe myśliska, kiedy zostałam poinformowana przez niejaką K., że teraz to ona jest z moim ówczesnym osobistym mężczyzną a on nie zaprzeczył, ba! co więcej, przyznał bez żadnych obiekcji, że miał więcej takich zaplecowych odskoczni. Nie wiem, czy K. trafił szlag, kiedy odkryła, to co ja wcześniej, bo on bankowo nie zmienił swoich nawyków, ale mam przynajmniej taką nadzieję. Mnie trafił. Trafił tak, że nie jadłam, nie spałam, nie funkcjonowałam a początkowo przestałam nawet się odzywać do kogokolwiek - nie potrafiłam wykrztusic z siebie ani słowa. Szukałam błędu w sobie, rozbierając na atomy każde wypowiedziane do niego słowo, kazdy grymas, każdy dotyk, katowałam się wspomnieniami. W napadzie szału zdemolowałam swoje ówczesne biuro. Nie potrafiłam przebywac z ludźmi. Przestałam dbać o siebie. Piłam. Dużo. Zwłaszcza po tym, kiedy pewnego ranka po kolejnej nieprzespanej nocy dostałam silnego krwotoku. Stałam pod prysznicem, oparta o rurkę, pozwalając spływac krwi i nie myśląc wtedy o niczym. Potem - pierwszy raz po tym wszystkim - długo, długo płakałam.
Nigdy mu nie powiedziałam. Wcześniej nie zdążyłam, bo K. była szybsza a potem było już zwyczajnie za późno i bez znaczenia.
Mojej koleżance femme fatale też nigdy nie powiedziałam. Nie zrozumiałaby, bo to w końcu nie jej strona barykady. Do czasu - tak myślę. I obawiam się, że wtedy będzie bardzo chciała skorzystać z opcji pt. "telefon do przyjaciela". Tylko czy ja będę chciała podnieść tę słuchawkę?
Nie wiem.
Doprawdy nie wiem.