krótko i długo o pannie Nikt
Kategorie: Wszystkie | i takie tam | lodówka | piekło | siostra patrzy | sverige
RSS
niedziela, 20 grudnia 2009
You will reap what you sow...
Dziś taki dzień, że każda plamka na twarzy urasta do rangi światowej katastrofy.

Za dwa tygodnie takowa katastrofa może się faktycznie wydarzyć, nie tylko w kontekście mego pyska (nawet bardzo nie) - a ja tymczasem stoję...i stoję...i...tak, stoję. Ściana z przodu, ściany z boku, cofać się nie mam odwagi. Ani powodu.

Codziennie śnią mi się pociągi i córki, których jeszcze nie mam. Codziennie nowe. A jak nie jestem przesądna i skłonna do wiary w moc tekturowych karteczek, tak niejaki Tarot mówi mi o czasie żniw i wskazuje Śmierć jako konieczny krok do rozwoju.

Szkoda, że w głowie może być zawsze "hej, do przodu" a na żywca już niekoniecznie. Szkoda mi tym bardziej, że jak pamiętam siebie sprzed kilku lat, to taran wypadał przy mnie blado. Nie miałam tylu zahamowań i kompleksów, które teraz co i rusz wyskakują mi z szaf i szuflad, z gromkim okrzykiem "surprise!" na ustach. Bo na przykład gryzie mnie taka bestia, że jak będę gadać po szwedzku do tambylców to mnie nie zrozumieją, pomimo usilnych mych starań. A tu w Polsce, że znów usłyszę, że jestem "za stara" - mam w końcu 30 lat. Albo mi powiedzą jak ostatnio, że "powinnam wyjechać, bo mam za wysokie wykształcenie", które tu może i robi wrażenie, ale na bank nie będzie miało przełożenia na zarobki...

Z kolei zagranica nie jawi mi się jako ogród rozkoszy ziemskich a raczej jako raj utracony. Do którego mogę szurać z co najwyżej jedną wytartą walizką i głową nabitą marzeniami o lepszym jutrze. Bo podług rozmaitych przepisów ichnich, kwalifikacje mam, ale i tak wypadałoby dorobić 666 papierków a poza tym, droga Ingen, nie zapominaj o tym, że "du ska alltid vara främmande".

I koniec i bomba, kto nie oszaleje, ten wygrywa ;)
poniedziałek, 14 grudnia 2009
Nienawidzę pożegnań.
Nawet takich tyci tyci malutkich i pozornie nic nie znaczących. Ot, jedna, dwie noce w obcym mieście, w obcym hotelu, pod cudzym prysznicem, w nie swoim łóżku...gdzie tu miejsce na wiązanie?
A jednak dzisiaj, siedząc w salonie jednego z hoteli, jeszcze przed wyjazdem, z książką na kolanach i poduchą pod stopami poczułam tak niezwykle mocno, że tam właśnie jestem, że jakoś przynależę do tego miejsca, że...nie chcę go zostawiać. Nie miałam niestety ze sobą swoich łańcuchów żeby się w akcie rozpaczy przykuć do kaloryfera. Gwoli ścisłości, kaloryfera też tam nie było...;-)

Mogłam oczywiście zaoszczędzić na hotelu i skorzystać z gościnności któregoś ze znajomych. Chciałam jednak być sama, spać tak długo, jak lubię, śnić jak lubię, pogadać sobie ze sobą o poranku i pooddychać przestrzenią tylko dla mnie.

Udało się.
Kolejna chwilka do wpięcia w kolekcji dobrych wspomnień.

Nie znaczy to bynajmniej, że nie lubię wokół siebie ludzia żywego. Lubię, nawet czasami w nadmiarze i te instynkty też ostatnio zaspokoiłam, nawet ponad miarę ;-) Jednak tak naprawdę najlepsze i najprawdziwsze momenty to te, gdzie stoję oczy w oczy z nagą prawdą o sobie i gdzie to ja decyduję o czasie...

Dlatego nienawidzę pożegnań, bo to siebie muszę odłożyć na półkę i włączyć tryb mniej jednoosobowy.

I już tęsknię.