krótko i długo o pannie Nikt
Kategorie: Wszystkie | i takie tam | lodówka | piekło | siostra patrzy | sverige
RSS
sobota, 28 lutego 2009
Ekspres relacji urlop-życie po urlopie
Zawijam na moment pourlopowo :)
Posucha z mej strony ciut celowa, bo kłębków w głowie mam nawet zanadto - i nie wiem od czego zacząć. Poza tym, tak formalnie to mam urlop do poniedziałku...zatem...wicie, rozumicie ;)

A jedyne słówko więcej na teraz będzie o stresie, który postanowił mnie zeżreć właśnie dlatego, że za półtorej doby maszeruję do pracy. Pracy, której nie znoszę z całego serca i to wcale nie ze względu na jej charakter czy zakres obowiązków, ale ze względu na konieczność spędzania 8 godzin dziennie w towarzystwie - i piszę te słowa z pełna świadomością - półmóżdżków płci żeńskiej, których największym dylematem moralnym jest "iść czy nie iść na solkę po pracy", ewentualnie jak się w miarę tanio wyfiokowac na sobotni wieczór. Do tego dochodza kwiatki takie jak ślinienie się i wdzięczenie na widok w każdego w miarę przystojnego klienta, z obowiązkowym sprawdzeniem go po wizycie na naszej-klasie, codzienne streszczenia "Mody na sukces" oraz perełki w stylu "czytanie książek jest nudne, Cosmo lepsze".
Autorki powyższych nie są dorabiającymi piętnastolatkami - są w okolicach trzydziestki i mają tak zwane wyższe wykształcenie...
I żeby była jasność - nie piszę teraz o wszystkich współpracujących ze mną osobach, ale te dwie konkretne jednostki wystarczą w zupełności.
Był jeszcze "groszek", ale ponieważ mam odrobinę litości, to o groszku podlanym wazelinką będzie kiedy indziej. Obiecuję :)

A na urlopie było pięęęęęęęknie, wiosennie i nawet Wizzair dopisał. O tym szerzej też kiedy indziej.

Pięknego weekendu :)


czwartek, 12 lutego 2009
Z krainy absurdów
Dziwactwa z różnych parafii...

Sytuacja nr 1 z moim aktywnym udziałem:

W połowie listopada (2008 roku) zamówiłam sobie bluzkę w bonprixie. W formularzu  zgłoszeniowym zostałam poinstruowana, że po najdalej trzech tygodniach zamówienie zostanie zrealizowane. I owszem, po trzech tygodniach dostałam paczkę...z nowym katalogiem i lakoniczną informacją, ze bluzki chwilowo nie ma na magazynie, ale będzie w ciągu tygodnia-dwóch. Spokojnie (jeszcze!) odczekałam równo te dwa tygodnie, po czym wysmażyłam maila do działu obsługi klienta z zapytaniem, co dalej z moim zamówieniem. W odpowiedzi poproszono mnie o podanie raz jeszcze szczegółów zamówienia, bo oni je...zgubili. Tu włączył mi się szlag i lodówka i w grzecznej acz oziębłej manierze poinformowałam ich co sądzę o takim podejściu, dołączając skany pisma wysłanego do mnie uprzednio, gdzie owe szczegóły były wywalone czcionką chyba 40. W odpowiedzi jakaś pani zaczęła się wykręcać problemami z ich formularzem, zwalała też winę na niekompetencje stażystek (?) z działu obsługi klienta. Odpisałam zatem pani, że kij mnie obchodzi kto konkretnie zawinił, oczekuję informacji na temat mojego zamówienia, koniec, kropka. Nie odpisała. Wykonałam kolejne podejście - odpisali łaskawie, że bluzka będzie w połowie stycznia. No to ja sobie doczekałam, po czym oczywiście się nie doczekawszy, spróbowałam kolejnego kontaktu, ale ponieważ miałam wrażenie, że rozmawiam z kimś mniej zorientowanym od wiadra, dałam sobie spokój. W międzyczasie poczytałam w Internecie opinie o bonprixie i doszłam do wniosku, że sama wpuściłam się niezłe maliny. Trudno, nie płaciłam z góry, bluzki i tak wcześniej nie miałam, w związku z tym stwierdziłam, że przeżyję i kupię sobie ewentualnie coś innego w podobny deseń.

Ku mojemu zdziwieniu wczoraj... przyszła paczka z bluzką. I nawet ta bluzka nie odbiega od tej na zdjęciu, rozmiaru też nie sknocili ( a to ponoć bardzo częste w bon prixie) i o dziwo mi przysłali kupon rabatowy w ramach przeprosin.Nie skorzystam, mają to jak w banku.

Wydarzenie numer 2 z gatunku outdoor horror:

Koledze mojego taty ukradziono pieska. I niby nie ma czegokolwiek nietypowego w tym wydarzeniu, gdyby nie to, że sprawcą kradzieży był...ptak. I w dodatku tenże ptak rąbnął pieska w trakcie...spaceru. Po prostu, pan i piesek wędrowali sobie razem przez park, gdy nagle, szast-prast, sfrunęło coś wielkiego, łopocząc skrzydłami, capnęło czworonoga za kark i fruuuu, tyle ich widział biedny pan. Warto tu wspomnieć, że piesek był marki yorkshire terrier miniaturka. Gatunku ptaka nie dało się określić, były już właściciel na skutek szoku nie był w stanie.

ad.1 i 2. notki o bluzce i o porwanym yorku mojego autorstwa zostały  dzisiaj opublikowane także na jednym z forów internetowych - niezbyt popularnych, ale jednak. Gdyby ktoś zatem miał wrażenie deja vu - jest ono najbardziej słuszne i co więcej, z mojej strony zamierzone, w końcu autorce wolno, nie? ;)


poniedziałek, 09 lutego 2009
Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa
"Gdzie, do diabła, jest moja niebieska bluzka? Marynarka? A czemu pytasz, ile par spodni biorę? Trzy. Jak to, za dużo????? Jak chciałam dwie, to mówiłaś, ze mało! Weź Ty się zdecyduj, co. Zresztą, nie musisz. To ja się decyduję a nie Ty. Może jeszcze te kieckę z czaszką i kolce? Biżuteria???Ale nie do rejestrowanego, do diabła!!!!!Nie, mamo, nie biorę tego żółtego ręcznika. Bo co?????Bo nie!!!!!!!!!!I różowego też nie biorę...!!!! Tak, dadzą mi. Mydło też mi dadzą, nawet dwa. A po cholerę mi drugi płaszcz...!I jeszcze kurtka...Tak, te książki pakuję. No jak to po co mi gramatyka szwedzka, będę sobie powtarzać past particip w samolocie przecież!!!! Tak, dobrze, będe tam jeść...Tak, wiem, wiem, tak....
Aaaaaa, cześć Tato! Tak, tato, mam paszport i dowód, wszystko mam. Absolutnie WS-ZYS-TKOOOOO!!!!!!!!!.Pieniądze też, oczywiście i kartę też mam, od wielu lat nota bene. Komp zostaje!!!!Jak to czemu, będę mieć na miejscu, po co mi drugi  taszczyć??? Oooo,czekaj,  jest moja bluzka, której szukam od półgodziny..!

A ta spódnica, co mówiłam...jak to,  czemu mam nie brać? Ty się nie znasz, jak bozi nie kocham, na modzie. Co ja mam jak matrona hasać?????Zimno???? Matko boska moja, ja NIE JADĘ  na Sybir!Jak to, czemu spódnica? Skończ się czepiać!!!Jak to bo co, nogi mam, niech se Angole popatrzą!!!!!!!Matka!!!! Ojciec, zabierz ją!!!!!!
Czekaj chwilę... tak ??Oszalałaś, jakie jedzenie na drogę????????????????????!!!!!!!!"






Nie, wszystko w porządku, to tylko ja mam za 4 dni urlop.






* odgłos mojej nowoczesnej słuchawki telefonicznej

niedziela, 08 lutego 2009
Inspirowana telewizją
Zazwyczaj nie oglądam telewizji, bo a) bardzo szanuje swój czas b) równie mocno dbam swoje nerwy. Jestem bowiem wysoce reaktywna i w dodatku lubię polemizować, a konstrukcja czarnego pudła uniemożliwia mi bardziej aktywną postawę w trakcie. Bez żalu zatem sięgam po książki, pilota oddając w godniejsze ręce i nie przejmuję się gadaniem, że w ten sposób oddałam właśnie kawałek władzy.

Dzisiaj jednak zrobiłam mały wyjątek, ponieważ chciałam porównać internetową prognozę pogody na jutro z prognozą ze skrzynki. Traf chciał, że "przelatując" kanały, znalazłam rozmowę pewnej dziennikarki z kobietą po mastektomii. Zatrzymałam się na chwilę; nie ukrywam, że lubię słuchać a historie z życia czasami potrafią przykuć moją uwagę na dłużej.

W miarę słuchania wywodów "pani po", oczy otwierały mi się coraz bardziej a w ustach czułam coraz większy niesmak. Ja rozumiem, że KAŻDY ma świat swoich własnych przeżyć, doznań, myśli, oczekiwań i poglądów. Że czas ciężkiej choroby każdy - nawet jak ma szczęście i otrzyma dużo wsparcia od otoczenia - przechodzi tak naprawdę w pojedynkę. Że różnimy się - i całe szczęście! - w ocenie pozornie tych samych sytuacji. Pani po mastektomii była bardzo pewna siebie. Mówiła głośno, z uśmiechem w głosie i odważnie; opisywała swoją walkę z chorobą jako pasmo sukcesów i czas mocno podszyty wiarą w wyzdrowienie. Pięknie - i nie piszę tego ironicznie. Nie mogłam jednak zrozumieć, dlaczego odsadza od czci i wiary chore kobiety myślące i czujące inaczej. Te, które nie miały szczęścia mieć kochającego męża, który by im "czyścił bliznę" po piersi i pomimo tego nadal je kochał i pożądał. Te, dla których chemia to była nie "życiodajna siła" a po prostu trucizna z niefajnymi skutkami ubocznymi. Te, które się posypały psychicznie zupełnie, mając w odwodzie rodzinę umywającą od wszystkiego ręce i mężów, którzy na wieść o utracie atrybutu kobiecości brali nogi za pas. Bo tak się składa, że pani wywiadowana całkowitą odpowiedzialnością za takie niefajne zakończenia obarczała chorujące na raka piersi kobiety. Tak jakby ich mężowie/partnerzy/dzieci/bliscy byli marionetkami chodzącymi na paskach tych kobiet.

Kilka lat temu sama przechodziłam poważną chorobę i pewnie nie byłam w tym czasie najfajniejsza towarzyszką rozmów i imprez. Pewnie byłam w tym czasie bardziej niż zazwyczaj skupiona na sobie i czasami pewnie bardziej reaktywna niż zwykle. Ale to jest kijek działający w dwie strony. Nie tylko moje chciejstwo i humory warunkowały funkcjonowanie otoczenia; oni swoimi działaniami też na mnie wpływali. Co wiecej, będę sie upierać, że dorosły człowiek ma wolną wolę i pomimo wszystkich "ale" może zrobic  co zechce. Przekonałam sie o tym boleśnie tracąc niektórych znajomych a także ówczesnego narzeczonego - zerwali ze mną kontakty dowiedziawszy się, że jestem chora. Fochów nawet jakbym chciała, nie zdążyłam w tej sytuacji pouprawiać, więc zrzucanie na mnie odpowiedzialności...? I niczego mi nie ucięto, więc argument "estetyczny" tez jakby odpada.

Jasne, że chorujące osoby potrafią dawac w kość że hej. Nie uważam,  żeby choroba dawała jakieś szczególne przywileje i prawa chorującemu do złego traktowania otoczenia. Oczywiście sytuacja bliskich poprzez poważną chorobę jest również trudna i zwyczajnie może przerastać. Ale będę się upierać, że to świat emocji chorego jest najważniejszy i jego/ją trzeba zrozumieć bardziej. I to jej/jemu trzeba ofiarować więcej, bo ona/on mają najwięcej do stracenia.

Dlatego nie rozumiem całkowitego wywalania złości i pretensji na jedną tylko ze stron dramatu, w dodatku w klimacie "jakbyś kobieto dawała mu myć swoją bliznę, to by Cię dalej kochał".

Na koniec element dydaktyczny: nie zapominajcie o badaniach profilaktycznych!

Sakrament
Moja koleżanka bierze niedługo ślub. Drugi w swoim życiu, aczkolwiek chłop będzie ten sam. Jak to możliwe? Ano, wzięli  sobie ludzie najpierw ślub cywilny, ponieważ jednak ten fakt budził co najmniej niestrawność u części ich rodzin, bo nie może być tak, by jakiś urzędas z obecnego politycznego nadania przyklepał coś, co należy do świata Wyższych_Idei i jako takie wymaga większej celebry i lepszej oprawy, doszli młodzi małżonkowie do wniosku, że nadszedł oto czas na ślub kościelny. Nie mam nic do  Wielkich_Idei ani oprawy, ale...

Otóż zanim dojdzie do wielkopomnego faktu złożenia uroczystego ślubu przed urzędnikiem boskim, para naszych bohaterów musi odbyć tzw. nauki przedślubne. Pomysł skądinąd nie nowy a realizowany w wiadomy  ideologicznie otoczkowy sposób. Dlatego nie szokuje mnie to, że pani prowadząca te nauki głosi, że pigułki są be a prezerwatywy mają mikrootwory przepuszczające wirusa HIV i są wytworem samego szatana. Nie szokuje mnie fakt, że w ramach dziwacznie pojętego uświadamiania, pani pokazuje dorosłym ludziom książkę ze zdjęciami narządów płciowych i tonem nauczycielki ze szkoły specjalnej mówi: "Proszę państwa, oto penis", wskazując do tego rzeczony obiekt na obrazku, zapewne w trosce o to, by przyszli małżonkowie nie pomylili go np. z uchem. Nie szokują mnie - mimo wszystko - archaiczne poglądy na role społeczne i rodzinne, bo w końcu to kościół katolicki i postępu oczekiwać tu chyba nie sposób. Ja w każdym razie nie czekam już od dawna.

W całej hecy ze słubem koleżanki szokuje mnie jednak  pewna rzecz, a mianowicie zmuszanie obecnych i zarazem przyszłych małżonków do zakupu książki o planowaniu rodziny wraz z "zeszytem mierzenia temperatury i obserwacji śluzu", który to zeszyt stanowi...zadanie domowe i przyszła żona ma go -wypełniony oczywiście notatkami i wykresem temperatury z pochwy- okazać pani na ostatnich zajęciach, bo w przeciwnym wypadku nie dostanie zaliczenia. A brak owego zaliczenia jest w rozumieniu ichniejszej parafii równoznaczny z...niemożnością udzielenia ślubu.

Jednak jeszcze nie to szokuje mnie najbardziej. Najgorsze moim zdaniem jest to, że owa para nie reaguje w żaden sposób na tak chamską i bezczelną próbę wejścia z butami w ich życie, tylko oboje frontalnie uprawiają uśmieszki, krygowania i potakiwania a ewentualne mięso pada za plecami. Pal licho motywy, ludzie chcą wziąć ślub w kościele i co? I w imię tego należy się godzić na przekraczanie bardzo intymnych granic? Zrozumiałabym samo naświetlenie stanowiska kościoła wraz  ze ewentualnymi wskazówkami, ale tłumaczenie się z temperatury podczas cyklu miesięcznego? Czy nie jest tak, że sakrament to akt łaski, który nie powinien być zależny od zakupu propagandowej książeczki i widzimisię pani od penisa?

Swoją drogą taki kwiatek jest tez cezurką dla ludzi "podobno wierzących"...

I jak już tak wrzucam przyszłym nowożeńcom, to czas na ostatni kamyczek. Nasi bohaterowie przed panią z poradni ściągają obrączki i  udają  "tylko" narzeczonych. Odpowiedzi na pytanie "dlaczego?" bałam się usłyszeć. Nie byłam bowiem na siłach bić się z hipokryzją.