krótko i długo o pannie Nikt
Kategorie: Wszystkie | i takie tam | lodówka | piekło | siostra patrzy | sverige
RSS
czwartek, 29 maja 2014
helvete
O wyniosłe czoło dnia
Następna myśl się rozbija
Spływa jak po twarzy łza
Zgaszona i nieszczęśliwa
Na ciemnych schodach niechciane spotkanie
W pół kroku zatrzymany oddech
Dotyk w przelocie, strach i pożądanie
Porwani rzeką toniemy samotnie
Gdy tęskniąc ciebie stoję nieruchoma
Choć wszystko wokół krzyczy o ucieczce
Wbrew sobie imię twoje wołam 
Zła magia zatruła serce

Niedobre spojrzenia, które spijać muszę
Jak błyskawice, aż krew z oczu cieknie
Niedobry ogień trawi moją duszę
Jesteś moim bogiem, którego nie chcę
Tak nienawidzisz bojąc się mnie kochać
Nawet gdy płacz mój twym dłoniom zawierzę
Gdy moim ustom dasz zagrać choć trochę
Odsłonisz serce - wtedy ja uderzę

Nie zabijesz mnie i tak
Zbyt wiele już za sobą i przed sobą mam
Teraz wstanę i złość wysuszy niepokorne łzy 
Stłumi krzyk mojej krwi
Nie zabijesz mnie i tak
Zbyt mało masz za sobą, by mogło tak się stać
Teraz wstanę i złość wysuszy niepokorne łzy
Nowy sen odejdę śnić

środa, 24 kwietnia 2013
Daleko
Od miesiąca nie mieszkam w Polsce...i tak, próbuję sobie poukładać, naprostowa, rozumieć...

Nie potrafię poukładać, naprostować, rozumieć, komplikuję, mieszam, boję się, krzyczę w środku, zamykam się coraz bardziej...

Nie chcę by inni widzieli moje łzy, mój ból, moje zwątpienia, mój brak zaufania do siebie, mój lęk przed światem, moją słabość, moje...

Codziennie wgapiam się w stronę Ryanaira i jestem blisko kliknięcia "zabukuj" -  w jedną, tamtą stronę...Szkopuł w tym, że nie mam do czego i do kogo wracać...a tu mnie też nie ma i długo jeszcze nie będzie...

Czasami boję się nawet oddychać.
I nie wolno mi kochać, nie wolno, nie wolno...
13:43, ingen_m
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 listopada 2012
Skłamałam...
...nie dowiesz, nie dowiesz nigdy się
co prawdą a co kłamstwem jest...

Ja wiem - niestety.
środa, 19 września 2012
Żony ze Stepford

"Powinnaś znaleźć sobie męża" - powiedziała moja babcia, cmokając w słuchawkę.

"Oho"- pomyślałam sobie - "Zaczyna się".

"Ale takiego, który będzie Cię kochał i słuchał..."

"Babciu, takich egzemplarzy nie produkują".

No bo nie produkują. Kochanie i słuchanie wedle moich ancestorek to bowiem nic innego, jak zasada szyi. Czyli bierzesz sobie chłopa na głowę i kręcisz. Nic to, że czasami spada Ci na bary, bo swój krzyż musisz, kochana, wziąć na plecy i tyle. Że ciężko? No co Ty! Miód wspólnego czasu osłodzi ból barków. Masaż łóżkowy nawet naprostuje zmęczone członki. Ty kręcisz.

Ale ja nie chcę kręcić.

Ani kogoś ani siebie. Nie mam bowiem ani siły ani ochoty ani determinacji i na dodatek odpowiednio wyrobionych mięśni. Nie chcę i już. Nie potrzebuję zasuwać jak afrykańska dziewczyna z dzbankiem oczekiwań na głowie. Nie potrzebuję głowy by za mnie kombinowała. Nie chcę się rozglądać za wszystkie strony za efektami cudzych kombinowań. Nie umiem obłaskawiać żelazkiem i garnkiem. Nie mogę mieszkać w czyimś Stepford, nawet jeśli czasami dobrze mi w fartuszku.

Nie dogadamy się.

Co gorsza, nie dogadam się też z młodszymi - bo para spodni nie wyznacza mi azymutu, chyba, że mówimy o moich ;) A mentalność, pomimo galopującego czasu, jest ciągle ta sama - łap, goń, bierz i kręć szyją.

A nie można by tak na poziomie rąk...?






czwartek, 07 czerwca 2012
Sceny z rozmów kwalifikacyjnych
Rozsyłam się ostatnio do lubych pracodawców in spe jak wariatka, bo nie ma, że boli, ster trzeba w ręce i dalej...lepsze jest wrogiem dobrego a że kontrakt dobiega końca a nie mam w zanadrzu męża milionera, cioci z Hameryki czy innego mniej absorbującego źródła dochodu to cóż...
...niektórzy pracodawcy są nawet tak mili, że odpowiadają. Jakiś co setny tak mniej więcej.

I teraz kilka reminescencji, bo zaprawdę, powiadam Wam, godne wyciągnięcia na wierzch.

Scena I
Siedziała komisja napuszona. Przed nimi ja, na krzesełku, usta nie w ciup, nóżęta normalnie a nie takie sklejone, luz w plecach. Komisja groźnie łypała, po czym nabrała powietrza  w płuca i po kolei poleciałastandardem: jakie mam dwie (!!!) główne wady, czy mam za sobą epizody w służbach mundurowych oraz jak bym psychologicznie pojechała z grupą wypalonych 50+. Na koniec spytała oczywiście o zarobki, po czym po mojej odpowiedzi wzniosła oczy do nieba.

Scena II
Siedziała komisja napuszona, oj napuszona. Ja przed nimi, boczkiem, bo tak krzesło mieli ustawione nielogicznie. Za przestawienie zebrałam burę na dzień dobry, więc z góry uznałam, że będę się "dobrze" bawić. Komisja, załypawszy, spytała mnie o: wady, zalety, motywację do pracy akurat o nich i o zarobki. Po moich wszystkich odpowiedziach wznosiła oczy do nieba a po zarobkach - odlecieli tam kolektywnie. Stanowisko miało być kierownicze a wymogi - nawet do siódmego nieba włącznie.

Scena III
Komisja dwuosobowa, siedziała, siedziała, napuszona i, a jakże! łypiąca. Gadała do mnie w językami i domagała się wskazania IP. Na moje zapytanie po cóż to i jaki ma to związek w moją przyszłą ewentualną pracą, usłyszałam, że zasadniczy, bo to właśnie będę robić - w outsourcingowym call center. A Hrówka wcześniej kląskała na inną nutę...hmmmmm. Na odpowiedź o oczekiwane zarobki, oczywiście wznieśli hurtowo oczy do nieba, dodatkowo nabrali wyrazu niesmaku na twarze i całkiem możliwe, że im został.

Nie wysyłam się gdziebądź. Nie wysyłam CV na oferty, gdzie nie spełniam wymogów, bo nie chcę zawracać komuś zada. Nie wysyłam w niektóre typy miejsc, bo wiem, że tam nie płacą godziwie ( vide oświata czy szpitale, szczególnie jeśli jest to wynalazek pt. 5/8 czy 12/167 etatu). Listów motywacyjnych nie pisze z kalki, cefałek też na dobą sprawę. Przygotowuję się do rozmów, zawsze pytam o możliwy plan rozmowy. Szanuję czas i swój i potencjalnego pracodawcy, tym bardziej, ze hardkorowo potrafię pojechać na rozmowę na drugi koniec kraju. Tymczasem:

- rozmowy nagminnie bywają opóźniane, o czym bywam informowana tuż przed, o ile w ogóle;

- rekruterzy zadają mi pytania z tzw.dupy i/lub świadczące o tym, że nawet nie przeczytali mojego CV;

- rekrutujący pozwalają sobie także na pytania łamiące Kodeks i/lub nawet obraźliwe i padają ze zdziwienia, że są traktowani przeze mnie adekwatnie do stopnia własnej bezczelności;

- zarobki w danej firmie to tajemnica strzeżona lepiej niż tajemnice fatimskie; zaprawdę oszczędzilibyśmy sobie czas, gdyby z góry było wiadomo, że zarobię tyle i tyle i ani złotówki więcej. Poza tym daliby odpocząć oczom i niebu a i mój budżet dojazdowy byłby mniejszy, bo co to jest, jak nie zwykłe kurestwo, gdy na trzecim etapie rekrutacji nadal nikt nie chce gadać ze mną o zarobkach...;/

- wreszcie po zakończeniu całości zazwyczaj nie doczekuję się odpowiedzi o wynikach rekrutacji. Ponieważ nie mam kłopotu z obsługiwaniem maila i telefonu to się przypominam i wtedy nader często burczy mi ta słuchawka, ze hej.

Na koniec hicior:
Znalazłam niedawno ciekawe dość ogłoszenie. Posłałam się spakowana w pdf. Oddzwonili od razu (!!), achy, ochy, w następnym tygodniu spotkanie w celu dogadania szczegółów współpracy. Nie powiem - ucieszyłam się. Skowronkowo czekałam na telefon w poniedziałek. Zadzwonił. Miła Pani rzekła, że przeprasza, ale im chodzi bardziej o doradztwo a nie o psychologa i nici wielkie z naszej współpracy - chociaż w ogłoszeniu stało jak byk, że chcą psychologa. Jak spytałam, oniemiała ciut, o jakie doradztwo, odparła, że "życiowe" a od kobiety po trzydziestce takowego można jeszcze (sic!!!!!!!!!!!!!!) nie oczekiwać.

Kurtyna, pffffff.


czwartek, 31 maja 2012
Baby, ach te baby ;)
Przed kilkoma dniami zadzwoniło do mnie Wściekłe_Dziewczę, pieniące mi się w słuchawce niczym proszek E. Co ja piszę - to był Zgoła Rekin, Harpia i Pirania w jednym, bynajmniej nie Anioł, no chyba, że Anioł Zagłady.
W pierwszej chwili utraciłam zdolność mówienia, częściowo zdegustowana a częściowo zachwycona słowotokiem Zgoła Rekina, w którym nader często latały kury i inne części ciała. Jednak ze względu na pewną monotonię wypowiedzi, nie zdzierżyłam w którymś momencie i gromko rzuciłam do słuchawki: "Ale o co chodzi?????!!!!", czym zgrabnie przejęłam piłeczkę i pożeglowałam w kierunku bramki, bo Rekin chyba zgłupiał, zamilkł i...zamilkł. I tak byśmy sobie pewnie milczały do dzisiaj, co samo w sobie dla mnie byłoby bezkosztowe, pomijając zdrętwienie ręki, gdy nagle uprzedni słowotok wieszczący mój rychły upadek, skatalizował się w innej formie.
Otóż Rekin poleciał w ślozy.
Mecz zaczął przybierać wynik 2:1 do Rekina, bo tu niestety nie wytrzymało moje słabe serce i prawie się wbijałam do słuchawki, żeby przytulić tego rybiego ssaka, kiedy z tejże padło: "no bo ja...bo ja...bym chciała, żeby Pani zostawiła Grzesia* w spokoju".

Wygrała. Znokautowała mnie zaskoczeniem.

Jak mi buk niemiły, nie robię bowiem żadnego niespokoju żadnemu Grzesiowi*. Czym prędzej oznajmiłam to już zupełnie zasmarkanemu Rekinowi po drugiej stronie, na co rzeczona interlokutorka rozwyła się jeszcze bardziej. Celowo nie lecę tu w metafory zwierzęce, bo co za dużo to i świnia nie zeżre, ale proszę sobie wyobrazić: zima, las, księżyc i takie coś, co do tego wyje. Właśnie taki dźwięk miałam w słuchawce i to przez bite pięć minut.
Zupełnie już załamana tym faktem oraz insynuacjami odnośnie moich zapędów w stronę jakiegoś innego ssaka płci przeciwnej, zebrałam się w sobie, w psychologu i tak! - popracowałam trochę na Rekiniej Duszy.

Zadziałało. Znaczy zadziałało tak, że po pewnym czasie Rekin pożegnał się ze mną sentencją pt. "Dziękuję, przepraszam i miłego dnia" oraz prawie uśmiechem (tu tez celowo nie rozwodzę się z opisem, no bo jakoś tak...śmiejący się Rekin trąci pewną perwersją...). Co się dalej stało z Wiarołomcą na G. - nie wiem i nie pociąga mnie ta wiedza. Osobiście, jeśli tenże robi koło pióra Rekinowi to życzę mu jak najgorzej. A jeśli ktos napuścił na mnie, bogu ducha winną dziewczynę, drugą bogu ducha winną i naraził ją na zezwierzęcenie telefoniczne oraz koszta zupełnie realne - życzę mu/jej nawet jeszcze gorzej niż owemu obiektowi westchnień Rekinich.

No bo skądś miała mój numer, prawda?
Rada na dziś brzmi zatem tak: zrób sobie rachunek sumienia a potem uważaj, bo może i we mnie siedzi Rekin...albo dwa.

Dobrej nocy.

* - imię zostało zmienione, rzecz jasna
poniedziałek, 21 maja 2012
Kronika zaćmień prawdopodobnie ludzkich
Teraz Ingen czyli ja. Normalnie, bo ściągnęłam kozaczki :P i tradycyjnie zrobiłam napad wnętrzarski. A oto wyznania podsumowujące - jakieś ostatnie 6 m-cy.

1. Bawiłam się półgębkiem. Pół twarzy miałam umalowane a resztę niekoniecznie. Co lepsze, zauważyłam to dopiero w przebieralni w Orsayu, bo koleżanka w której towarzystwie byłam nie pisnęła ani słowa, a na moje zarzuty odparła: "no co, przecież  widziałam Cię tylko z jednej strony." Taaaaaaa...

2. Odkryłam nowe gatunki ryb: wososia łędzonego i minet (!!!) z filtaja. Wszystko podlane czosem sosnkowym. Polska mowa trudna być a dla mnie zamyślonej to, jak widać, już total kaputt alles klar.

3. Dalej zamyślona wyszłam ze sklepu z koszykiem nie płacąc za zakupy. Nikt mnie nie zatrzymał, o dziwo. O dziwo większe, jak wróciłam zapłacić to mi nie uwierzyli...

4. Zadzwoniłam ze swojego prywatnego numeru na tzw. numer alarmowy, myśląc, że dzwonię do koleżanki z pracy i nie patrząc na wyświetlacz, rzuciłam do słuchawki: "Podaj mi PIN do służbowego fona, co?", na co Pani dyżurująca ofukała mnie jak Bonifacy po utracie pieca. Panią najmocniej przepraszam. Odreagowałam histerycznym rzężeniem. I do dzisiaj nie wiem jak i dlaczego mi się pochromiliło numerycznie.

5. Miałam szereg przygód bieliźnianych, ale o tym może kiedy indziej...?

6. Oraz zgubiłam buty we własnym mieszkaniu. W trakcie poszukiwań wzbogaciłam garderobę o męskie bokserki i parę skarpet, też męskich. Wyglądają na niezbyt zużyte. Proszę mi nie zadawać trudnych pytań, bo to w końcu też bielizna.

7. Wreszcie ostatnio wyszłam do pracy ubrana we wszystko na lewą stronę. Ale ja wstaję do pracy o 6.00...:D


Zatem dobranoc :)
Blogaskiem jestem
Cześć, mam na imię Magda i dziś napiszę Wam trochę o tym jak spędziłam dzień. Ponieważ było zimno i padał śnieg, to poszłam do sklepu pod blokiem i zakupiłam koronkę i drucik. Ten drucik to taki stylowy, bo będę z niego robić ozdobę na szyję. Przepis na wykonanie znalazłam gdzies w internecie hyhy. Będę mieć fajny naszyjnik, lepszy nawet  niż te z Zary za 49,90.
Po południu postanowiłam zrobic sobie postój pełen radości i przetestowałam maseczkę, która przyniósł mi listonosz a zamówiłam ja na allegro. Zachęcam do zakupów na allegro, bo tam jest dużo rzeczy fajnych i tanich, które można potem potestowac w domowym zaciszu. Buziaki.
Dzisiaj cały dzien miałam na sobie szlafrok i kozaki jak szlam w tym sniegu do sklepu.
Nie mam fotki niestety, bo było ciemno, ale Wam opiszę mój strój. Szlafrok był w krateczkę czerwoną i białą, a kozaki pod kolor miałam białe :) Oczywiście z lumpa. Cmokam i uciekam.


...luz, mam chwilowe odbicie. Czytam albowiem inne blogi i możliwe, że mi się udziela. Gdzie jest wstyd, ja sie pytam, no gdzie?
...tak na puszczy ryczę, wiem...

Pa. Buziole :P :P
czwartek, 10 maja 2012
O zanikniętych ustach społeczeństwa
Dlaczego w tym kraju nikt się nie uśmiecha????
Poszłam Ci ja dzisiaj pobiegać po sklepach, zwanych szumnie galeriami (taaaaaaak, sztuki tam od groma...) w celu wyprostowania sobie nastroju oraz uzupełnienia kilku kolekcji, obuwniczej między innymi. Ale, że bywam kompulsywna zakupowo, zahaczyłam jeszcze o kilka innych przybytków Lewiatana, haha...
...no i zderzyłam się mocno z polską smutą. I żeby jeszcze jakieś ostrzeżenie, to nie. Zarobiłam w pysk takim pffff wydęciem ust na moje zapytanie, że szczęka poleciała mi w okolice kostek. Jeszcze zdążyło mi przelecieć przez myśl, że niechcący cofnęłam się w czasie i tak naprawdę stoję w mięsnym w PRLu, ale wystrój wokół obalił mi skutecznie tą teorię, przynajmniej w zasięgu wzroku. Co prawda z głową było już gorzej, bo po tym co usłyszałam i jak zostałam potraktowana, nie wiem jak miałabym się dać przekonać, że "my juz som Amerykany".
Długo jeszcze nie będziemy, o nie.
A wystarczyłoby się tylko uśmiechnąć - na początek. Możliwe jednak że naród zbiorowo cierpi na niedobór witaminy B2 i stąd musi zaciskać, zaciskać te wargi aż do ich zaniku...bo inaczej pęknie z kretesem...

Zalecam zatem dobranocnie szpinak, mięcho i jaja...

;)





niedziela, 22 kwietnia 2012
O odwracaniu głowy

“I'm selfish, impatient and a little insecure. I make mistakes, I am out of control and at times hard to handle. But if you can't handle me at my worst, then you sure as hell don't deserve me at my best.”
― Marilyn Monroe


Lubię i nie lubię zbiorowe spędy i bratanie się tamże. Z jednej strony zawsze to szansa na pomasowanie przepony, odnowienie paru miłych znajomości, złapanie błysku oka u mijanego właśnie osobnika, okazja do napicia się wódki w toalecie albo przynajmniej poobserwowanie pewnych ciekawych akcji. Jest jednak coś, co mnie osobiście bardzo niepokoi u innych w kontekście zbiorówek dedykowanych. Nazywa się to zjawisko Uporczywym Odwracaniem Głowy - w stronę przeciwną od mojej osoby, rzecz jasna. Nie chciałabym tu wypaść zbyt moralizatorsko i mamusiowato, ale kręgosłup szyjny wrażliwym może być i co poniektórym może tak zostać...
Mam świeżo za sobą taką zbiorówkę. Normalnym było, że natknęłam się tam na parę znajomych osób. Nienormalnym było, że tylko jedna z nich podeszła, rozdziawiła się, przywitała i zamieniła ze trzy zdania, po czym odpłynęła dostojnie w inne rejony osobisto-przestrzenne. Pozostałe osobniki płci obojga doznały zbiorczego schorzenia wymienionego wyżej. Nie rozumiem zjawiska. Nie rozumiem jak szlag. Żadnej z tych osób nie zrobiłam nic złego. Części z nich w ogóle nic nie zrobiłam, nawet dobrze, bo nie zdążyłam albo nie dano mi szansy. I nagle znów wpadamy na siebie a tu, proszę Państwa, "z wdechem skręt" i poczucie żenady...
...bo że to na siłę, to niestety widać...

Mogłabym jeszcze zrozumieć takie jazdy, w sytuacji gdy kogoś dopadła moja ciemna strona. Gdyby przeżył jakąś moją chwilową niestabilność albo dotknęło go przejawiające się w pewnych momentach moje turbodoładowanie i czepialstwo, które zwyczajnie bywa bolesne dla postronnych - wiem. Gdybym rzuciła komuś w pysk swoim złym humorem, ot tak.  Wtedy jedyną osobą, której miałabym coś do zarzucenia, byłabym ja i wzięłabym te wykrzywy na bary, nieważne że z poczuciem klęski. Wzięłabym i tyle.

Chociaż jeśli komukolwiek się wydaje, że w jakiejkolwiek relacji ze mną jest tylko cud, miód i czekoladki to niech zwinie żagiel, chociażby zaraz. Tak będzie i bezpieczniej dla szyi i taniej dla psyche. Nie mojej.

Zaprawdę, brak PODSTAWOWEJ klasy to coś, co zapomina się najtrudniej, o ile w ogóle.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10