krótko i długo o pannie Nikt
czwartek, 10 maja 2012
O zanikniętych ustach społeczeństwa
Dlaczego w tym kraju nikt się nie uśmiecha???? Poszłam Ci ja dzisiaj pobiegać po sklepach, zwanych szumnie galeriami (taaaaaaak, sztuki tam od groma...) w celu wyprostowania sobie nastroju oraz uzupełnienia kilku kolekcji, obuwniczej między innymi. Ale, że bywam kompulsywna zakupowo, zahaczyłam jeszcze o kilka innych przybytków Lewiatana, haha... ...no i zderzyłam się mocno z polską smutą. I żeby jeszcze jakieś ostrzeżenie, to nie. Zarobiłam w pysk takim pffff wydęciem ust na moje zapytanie, że szczęka poleciała mi w okolice kostek. Jeszcze zdążyło mi przelecieć przez myśl, że niechcący cofnęłam się w czasie i tak naprawdę stoję w mięsnym w PRLu, ale wystrój wokół obalił mi skutecznie tą teorię, przynajmniej w zasięgu wzroku. Co prawda z głową było już gorzej, bo po tym co usłyszałam i jak zostałam potraktowana, nie wiem jak miałabym się dać przekonać, że "my juz som Amerykany". Długo jeszcze nie będziemy, o nie. A wystarczyłoby się tylko uśmiechnąć - na początek. Możliwe jednak że naród zbiorowo cierpi na niedobór witaminy B2 i stąd musi zaciskać, zaciskać te wargi aż do ich zaniku...bo inaczej pęknie z kretesem...
Zalecam zatem dobranocnie szpinak, mięcho i jaja...
;)
niedziela, 22 kwietnia 2012
O odwracaniu głowy
“I'm selfish, impatient and a
little insecure. I make mistakes, I am out of control and at times hard
to handle. But if you can't handle me at my worst, then you sure as
hell don't deserve me at my best.” ― Marilyn Monroe
Lubię i nie lubię zbiorowe spędy i bratanie się tamże. Z jednej strony
zawsze to szansa na pomasowanie przepony, odnowienie paru miłych
znajomości, złapanie błysku oka u mijanego właśnie osobnika, okazja do
napicia się wódki w toalecie albo przynajmniej poobserwowanie pewnych
ciekawych akcji. Jest jednak coś, co mnie osobiście bardzo niepokoi u
innych w kontekście zbiorówek dedykowanych. Nazywa się to zjawisko
Uporczywym Odwracaniem Głowy - w stronę przeciwną od mojej osoby, rzecz
jasna. Nie chciałabym tu wypaść zbyt moralizatorsko i mamusiowato, ale
kręgosłup szyjny wrażliwym może być i co poniektórym może tak zostać...
Mam świeżo za sobą taką zbiorówkę. Normalnym było, że natknęłam się tam
na parę znajomych osób. Nienormalnym było, że tylko jedna z nich
podeszła, rozdziawiła się, przywitała i zamieniła ze trzy zdania, po
czym odpłynęła dostojnie w inne rejony osobisto-przestrzenne. Pozostałe
osobniki płci obojga doznały zbiorczego schorzenia wymienionego wyżej.
Nie rozumiem zjawiska. Nie rozumiem jak szlag. Żadnej z tych osób nie
zrobiłam nic złego. Części z nich w ogóle nic nie zrobiłam, nawet
dobrze, bo nie zdążyłam albo nie dano mi szansy. I nagle znów wpadamy na
siebie a tu, proszę Państwa, "z wdechem skręt" i poczucie żenady...
...bo że to na siłę, to niestety widać...
Mogłabym jeszcze zrozumieć takie jazdy, w sytuacji gdy kogoś dopadła
moja ciemna strona. Gdyby przeżył jakąś moją chwilową niestabilność albo
dotknęło go przejawiające się w pewnych momentach moje turbodoładowanie
i czepialstwo, które zwyczajnie bywa bolesne dla postronnych - wiem.
Gdybym rzuciła komuś w pysk swoim złym humorem, ot tak. Wtedy jedyną
osobą, której miałabym coś do zarzucenia, byłabym ja i wzięłabym te
wykrzywy na bary, nieważne że z poczuciem klęski. Wzięłabym i tyle.
Chociaż jeśli komukolwiek się wydaje, że w jakiejkolwiek relacji ze mną
jest tylko cud, miód i czekoladki to niech zwinie żagiel, chociażby
zaraz. Tak będzie i bezpieczniej dla szyi i taniej dla psyche. Nie
mojej.
Zaprawdę, brak PODSTAWOWEJ klasy to coś, co zapomina się najtrudniej, o ile w ogóle.
środa, 18 kwietnia 2012
:-)
Dzień dobry. Żyję :-) a blog działa.
No to się popiszę...niedługo ;-) od nowa, od-nowa...
wtorek, 14 grudnia 2010
hajdmajas
Ubierz się w co chcesz. Ja i tak wiem, że to Ty, psycholu. Wiem.
Przede mną się nie zakryjesz. I jeśli myślisz, że zacznę kluczyć i unikać - nic z tego, wchodź, czytaj, kopiuj, myśl i CIERP do woli.
niedziela, 07 listopada 2010
caravanserai
Ciągle w drodze, ciągle szukam mojego miejsca, bo gdzieś musi być. Na razie jedyne moje własne miejsce to to tutaj. Ciągle zakryte przed oczami tych, co mnie najchętniej żrą łyżeczkami i z którymi nigdy nie będzie w górę. Nie twierdzę, że to bardzo źle - po prostu czasami tak jest, że chemie się rozmijają, choć sam lukier od czasu do czasu bywa przyjemny. Ewentualnie to ja jestem jednostką wybitnie aspołeczną i nieprzystosowaną :P
Na razie pewne jest, że kończę pierwsze wakacje w tym roku. Wakacje niezwykłe, bo spędzone samotnie, choć z ludźmi. Odmówiłam bowiem wyjazdów na ciepłe wyspy i inne zapchane plaże "z moją drogą żabą" i wpakowałam się do autobusu zmierzającego do Włoch, by podelektować się Adriatykiem, historią i pastą. Smakowało wybornie, choć krótko, za krótko, za krótko... ...ale za to morze, ciepłe i nieskończone, za tempo Florencji, za Forum Romanum, za możliwość maski i słodycz codziennego wina, za to wszystko, co w mojej głowie - dziękuję i błogosławię sobie i wiem, że zrobię to kolejny raz. Znów sama. Sama, tak jak chcę i tak jak lubię. Karawanseraj będzie przecież czekać. Żaba niestety też...:P
Dobranoc.
sobota, 01 maja 2010
...
I'll keep your heart with mine Till you come to me...
czwartek, 08 kwietnia 2010
A wiec jestes, jestes tu, choc tym razem nie czekalam. Drzwi byly zamkniete, wlamales sie zapachem...
Ale jestes. Ciagle, uporczywie taki sam. Zostawiasz te same slady. Tak samo patrzysz. Tak samo krzywisz usta w ironicznym usmiechu. Masz te same szerokie ramiona i szybki, dlugi zurawi krok. I ciagle tak samo bolisz.
Nie potrafie Cie wyrzucic. Przepraszam...
niedziela, 28 marca 2010
Dylemat weselny
Tysiace razy obiecywałam sobie, że w trosce o swój łeb i stan nerwów, nie będę już czytać polskich forów internetowych. Wytrzymywanie w tym postanowieniu jest falowe, dziś jednak znalazłam kolejny kamyczek do tego ogródka. W odpowiedzi na pytanie czy poszłabym na wesele rodzeństwa mego lubego, rodzeństwa, które mnie nie zapraszało i nie znosi, odpowiadam: "nie, nie poszłabym". Świadomość piątego koła u wozu jest moim zdaniem gorsza niż nażarcie się za free. Podpieranie ścian męczy. Jednak clou dylematu to luby. Luby-Pozornie-Akceptujący-Wyżej-Powziętą-Decyzję (i to od dawna), ale jednak w ostatniej chwili posuwający się do szantażu pt. "Jak nie przyjdziesz, to sobie wezmę inną". W sensie, że na niby tylko wesele, żeby samemu nie kisić przy stoliku, ale w sumie kto wie?
No i co tu robić? Jak postąpić? Jeśli tego nie wiesz, droga Internautko, polski internet prawdę Ci powie. Wystarczy wrzucić temat na któreś z popularnych forów i zaraz będzie ciąg odpowiedzi, że jeśli się nie przytniesz do czyichś oczekiwań, to znaczy, że nie wiesz czym jest związek. Że facet, który świetnie wiedział jaka jest sytuacja i akceptował Twoją postawę, ma prawo na końcu zachować się jak szczeniak - szantażysta. Że miłość wymaga poświęceń (ale czemu tylko w jedną stronę?). Że faryzejstwo i udawanie jest w niektórych sytuacjach niezbędne. I że przez swoją próbę zachowania autonomii można komuś zniszczyć (!) filozofię życiową i "najpiękniejszy (sic!) dzień w życiu".
Ja tam nie wiem, ale jakbym miała znosić na własnym weselu osoby, których nie znoszę to osobiście bym wolała, żeby nie przychodziły. Bo odwracając sytuację, można sobie wyobrazić, jak czuje się ktoś, kto wie, że jest nielubiany i że mu właśnie jakas baba "wyświadcza łaskę" swoją obecnością z miną krzywą jak po cytrynie. Snujący się bez sensu cień weselny nie tylko sam cierpi - psuje też zabawę innym.
Nie, nie poszłabym. I moim piórkiem u wagi nie byłby ani fakt wewnętrznego rzygu na sama myśl ani perspektywa często-gęsto żałosnej maniery weselnej (obowiązkowy rosołek, kluseczki, kapela disco-polo, obleśne zabawy z macaniem kolanka, pijany wujek Kazio i antysemickie dowcipy itp.) tylko postawa Lubego. Sposób w jaki postanowił rozwiązać problem. Ostrze noża i basta. Bo można było inaczej - spokojnie, jasno, nawet z elementem przekonującym i "poświęcalskim" wraz ze zgniłym kompromisem na końcu - ale tego nie wie ani Luby ani polski internet, z lubością rzucający "gówniarami" i wyrobionymi sądami pod adresem autorki postu. Nie, spokojnie, nie pod moim. Ja naprawdę nie chadzam na wesela, raz, że moje bliskie istoty leją w większości na konwenanse, dwa, wujków Kaziow nie znoszę nawet na trzeźwo. I nie jestem także sieciową masochistką ;)
Miłej niedzieli ;)
wtorek, 16 marca 2010
Randka w ciemno nr 2
Definitywnie nie będzie markera a nowy tatuaż. Nawet na czole. Nie szukam męża! Ani pół, do diabła!
Szczerze powiedziawszy, wolałabym zresztą tego diabła. Z nim miałabym przynajmniej okazję dobrze postrzępić sobie jęzor ;) a nie uciekać z konwersacji o nowym samochodzie, nowym telefonie, nowym laptopie, nowych pasjach, nowym fryzjerze, nowej wycieczce do Tunezji, nowej, pięknej plaży w tymże kraju i w innych też oraz tysiącu innych nowych - umówmy się, jak dla mnie, kompletnie nieistotnych - bzdetów.
Plus cudzego słowotoku był jednak taki, że mogłam w spokoju pokontemplować zamówione w formie drina banany. Banany były przepyszne, polecam gorąco. W wersji single.
Dobrej nocy.
poniedziałek, 15 marca 2010
...
"Nawet wśród ludzi można być samotnym".
Ja bym powiedziała: przede wszystkim właśnie tam.
Mimo wszystko dobrej nocy.
|
|