krótko i długo o pannie Nikt
Blog > Komentarze do wpisu
Dylemat weselny
Tysiace razy obiecywałam sobie, że w trosce o swój łeb i stan nerwów, nie będę już czytać polskich forów internetowych. Wytrzymywanie w tym postanowieniu jest falowe, dziś jednak znalazłam kolejny kamyczek do tego ogródka.
W odpowiedzi na pytanie czy poszłabym na wesele rodzeństwa mego lubego, rodzeństwa, które mnie nie zapraszało i nie znosi, odpowiadam: "nie, nie poszłabym". Świadomość piątego koła u wozu jest moim zdaniem gorsza niż nażarcie się za free. Podpieranie ścian męczy.
Jednak clou dylematu to luby. Luby-Pozornie-Akceptujący-Wyżej-Powziętą-Decyzję (i to od dawna), ale jednak w ostatniej chwili posuwający się do szantażu pt. "Jak nie przyjdziesz, to sobie wezmę inną". W sensie, że na niby tylko wesele, żeby samemu nie kisić przy stoliku, ale w sumie kto wie?

No i co tu robić? Jak postąpić? Jeśli tego nie wiesz, droga Internautko, polski internet prawdę Ci powie. Wystarczy wrzucić temat na któreś z popularnych forów i zaraz będzie ciąg odpowiedzi, że jeśli się nie przytniesz do czyichś oczekiwań, to znaczy, że nie wiesz czym jest związek. Że facet, który świetnie wiedział jaka jest sytuacja i akceptował Twoją postawę, ma prawo na końcu zachować się jak szczeniak - szantażysta. Że miłość wymaga poświęceń (ale czemu tylko w jedną stronę?). Że faryzejstwo i udawanie jest w niektórych sytuacjach niezbędne. I że przez swoją próbę zachowania autonomii można komuś zniszczyć (!) filozofię życiową i "najpiękniejszy (sic!) dzień w życiu".

Ja tam nie wiem, ale jakbym miała znosić na własnym weselu osoby, których nie znoszę to osobiście bym wolała, żeby nie przychodziły. Bo odwracając sytuację, można sobie wyobrazić, jak czuje się ktoś, kto wie, że jest nielubiany i że mu właśnie jakas baba "wyświadcza łaskę" swoją obecnością z miną krzywą jak po cytrynie. Snujący się bez sensu cień weselny nie tylko sam cierpi - psuje też zabawę innym.

Nie, nie poszłabym. I moim piórkiem u wagi nie byłby ani fakt wewnętrznego rzygu na sama myśl ani perspektywa często-gęsto żałosnej maniery weselnej (obowiązkowy rosołek, kluseczki, kapela disco-polo, obleśne zabawy z macaniem kolanka, pijany wujek Kazio i antysemickie dowcipy itp.) tylko postawa Lubego. Sposób w jaki postanowił rozwiązać problem. Ostrze noża i basta. Bo można było inaczej - spokojnie, jasno, nawet z elementem przekonującym i "poświęcalskim" wraz ze zgniłym kompromisem na końcu - ale tego nie wie ani Luby ani polski internet, z lubością rzucający "gówniarami" i wyrobionymi sądami pod adresem autorki postu. Nie, spokojnie, nie pod moim. Ja naprawdę nie chadzam na wesela, raz, że moje bliskie istoty leją w większości na konwenanse, dwa, wujków Kaziow nie znoszę nawet na trzeźwo.
I nie jestem także sieciową masochistką ;)

Miłej niedzieli ;)





niedziela, 28 marca 2010, ingen_m

Polecane wpisy

  • Sceny z rozmów kwalifikacyjnych

    Rozsyłam się ostatnio do lubych pracodawców in spe jak wariatka, bo nie ma, że boli, ster trzeba w ręce i dalej...lepsze jest wrogiem dobrego a że kontrakt dobi

  • Blogaskiem jestem

    Cześć, mam na imię Magda i dziś napiszę Wam trochę o tym jak spędziłam dzień. Ponieważ było zimno i padał śnieg, to poszłam do sklepu pod blokiem i zakupiłam ko

  • O zanikniętych ustach społeczeństwa

    Dlaczego w tym kraju nikt się nie uśmiecha???? Poszłam Ci ja dzisiaj pobiegać po sklepach, zwanych szumnie galeriami (taaaaaaak, sztuki tam od groma...) w celu